Johny | 24 kwietnia 2018 sakwa tatry wspinanie zima

Sezon zimowy 2017/18 w Tatrach

               

                Wiosna zawitała na dobre. Tabuny turystów zalewają już Tatry w poszukiwaniu krokusów, a dziabki i raki odchodzą w kąt na rzecz woreczka z magnezją i baletek. Jest to dobry moment, aby podsumować nasz sezon zimowy w Tatrach. Continue reading „Sezon zimowy 2017/18 w Tatrach”

Johny | 20 kwietnia 2017 alpy góry wiosna zima

Prawa Góra

Wiecie, czego nie lubię w górach? Jak stoję na dnie doliny, wokół milion szczytów i 8 milionów ścian, a na drogę na którą się wybieram…. Akurat idzie 5 innych zespołów! Są to zresztą wszystkie zespoły wspinaczkowe działające w dolinie. Co gorsza, 3 z nich zamierzają targać przez ścianę narty (a więc odpada “light&fast”). A żeby nie chodziło tylko o moje fobie, ale też o obiektywne niebezpieczeństwo sytuacji – oczywiście mówimy o wspinaniu lodowym (jak wiadomo, nigdy nie należy stać pod kimś kto prowadzi w lodzie)…

 

Powiecie “jakiś marny cel wybierasz! Nawet punktów w Biblii za niego nie ma!”, ale racji mieć nie będziecie. Otóż Tomek chciał atakować Drogę Szwajcarską na Les Courtes tuż obok (zresztą “chciał” już po raz czwarty, 55 punktów w Biblii piechotą nie chodzi :)). Niestety Fred, chatar Refuge Argentiere szybko rozwiał nasze nadzieje. Sezon marny, lodu w ścianach brak, na “Deskę” na Krótkiej Górze nie ma po co startować. Jedyna “czynna” traska to Kuluar Lagarde’a Direct na pólnocno-wschodniej ścianie Les Droites. Jak całe schronisko, kładziemy się spać o 20 i ustalamy taktykę na poranek.

Wiedząc, że inni wstają o 200, liczymy jak nie utknąć w kolejkach na starcie drogi. Zakładamy, że narciarzy na podejściu nie wyprzedzimy. Kombinujemy jednak, jak nie zmarznąć z rana w kolejkach i wyprzedzić zespoły już w łatwiejszym terenie w połowie ściany. Ustalamy pobudkę na 300. Rano, prowadzący Tomek przechodzi szczelinę brzeżną ok 530 i w tym momencie “Druaty” biorą nas w swoje objęcia z których będą się starały wypuścić nas jak najpóźniej. Natychmiast zresztą okazuje się, że:

  • Śnieg nad szczeliną brzeżną jest zupełnie sypki i nie ma jak w nim się zastawić
  • Tomek musi podejść dalej, a więc obaj musimy rozwinąć buchty liny z grzbietów
  • Szpej do asekuracji skalnej został w moim plecaku…

Ostatecznie przy lekkiej dozie kreatywności (a może po prostu – doświadczenia) Tomek zakłada stan i mnie ściąga. Przekraczam szczelinę całe 30 minut później. Pokonujemy pierwszy stromy odcinek lodu i doganiamy pozostałe zespoły. Anglicy śmieją się, że “polacy to chyba lubią dłużej pospać”. Czekając aż wszyscy pokonają drugi próg lodowy wciągamy drugie śniadanie i cieszymy się słońcem które właśnie wyszło. Przejmuję prowadzenie.

 

Wyciąg jest całkiem ładny – lód wodny, lód alpejski, trochę skały, pyłówki zrzucane przez zespoły nad nami, no wszystko! Piękne Alpy! Nie jest specjalnie trudno – w Gasteiner albo innym Kanderstegu miałoby pewnie WI3, nie więcej. Trochę czasu zabiera mi wyzbieranie się zza skałki po której ciekła woda – zimny prysznic nie jest przyjemnością, do tego ogranicza widoczność w zaparowanych okularach przeciwsłonecznych. Kolejny wyciąg stromego terenu ma jeszcze mniej. W jego połowie zbieram na twarz kawałek lodu. Drę się zdecydowanie ponad powagę sytuacji, niemniej – no nie lubię. Spadający lód naprawdę czasem zabiera mi przyjemność wspinania. Rozciągam wyciąg “na lotnej” ile mogę i zdaję prowadzenie.

W tym miejscu osiągamy “właściwego” Lagarde’a – ściana się kładzie, droga prowadzi szerokim żlebem o nachyleniu ok 50-55 stopni. Często czekanów używamy do podpierania. Zadanie polega więc na jak najszybszym przedreptaniu całej góry. W tym jesteśmy w miarę nieźli – dwie zrobione drogi na wysokościach 3500 -3800 mnpm w ostatnich dniach dały nam zapas w płucach. Jeden zespół anglików wyprzedzamy i na chwilę doganiamy francuzki (które znów nas odstawiają gdy wymieniamy się szpejem). Niestety w ferworze “pogoni” wybieramy prawą – a nie lewą odnogę żlebu (później doczytaliśmy – wariant Cordiera zamiast oryginalnej drogi). Nie, żeby był to jakiś dramatyczny błąd, ale później się okaże, że kosztował nas on sporo czasu.

Drugi zespół “narciarzy” doganiamy tuż pod kolejnym spiętrzeniem – tym razem mniej lodowym, a bardziej skalnym. Znów przejmuję prowadzenie i napieram w zacięciu/kominku. Niestety warunki nie są tu tak świetne jak niżej – w szczelinach i na wypłaszczeniach natrafiam na czarny lód, w który strasznie ciężko wbić jakiekolwiek ostrze. Na nadmiar asekuracji też narzekać nie mogę, zwłaszcza – w dolnej części wyciągu. Pozwala mi to zachować szpeju na jakieś 70m terenu za jakieś M4 / 4+. Ciągnąc Tomka na lotnej doganiam prowadzącego narciarza, napieram za nim w ostatnim wąskim kominku, po chwili jednak odpuszczam. Bez choćby jednego ekspresa ciężko mi się zaasekurować… Oddaję Tomkowi przyjemność poprowadzenia ostatniego trudniejszego miejsca drogi i trickowego przejścia przez nawis na grań (ile razy wychodziliście na grań zapieraczką o 3-metrowy nawis śnieżny?!).

Na grani Tomek wydaje jęk rozpaczliwego (z przewodnika, ang. Utterly Desperate :)) zawodu. Wychodzę na grań (prawdopodobnie na końcówkę filara Touriera) i moim oczom ukazuje się skomplikowany teren, zalany polewą twardego lodu wodnego. Niby nietrudne, ale kolejne 100m (dwa wyciągi) sztywnej asekuracji i delikatnej “rzeżby” na czubkach dziabek i raków. Dopiero teraz docieramy do właściwej grani szczytowej, którą “się robi na Lagardzie”.

Niestety – znów trafiamy na koniec tramwaju. Oba zespoły narciarzy z Anglii są minimalnie przed nami. I tu zaczynają się jaja! Robi się godzina 17 – 18 , grań jest skalną czwórką, którą trzeba zrobić w rakach i grubych rękawicach. Anglicy noszący narty na plecach nie mieszczą się do kolejnych szczelin i kominków i skutecznie tarasują przejście. Ubieram na siebie wszystko co mam i cierpliwie asekuruję Tomka. Chyba powoli zamarzam. Rękawice zastygają przygięte, jakbym trzymał w dłoni kubek. Zaciśnięcie pięści lub całkowite rozprostowanie palców wymaga autentycznego wysiłku! Ostatecznie- docieramy do grani śnieżnej i samego szczytu!

W tym momencie dostajemy drobną nagrodę za trud dnia – widoki ze szczytu Les Droites powalają. Jego Wysokość Mont Blanc – w pełnej okazałości. Widać obie “drogi normalne”, Midi, Cormeyeur, Filar Narożny, Damy Angielskie…. Jorasses’y – jak na dłoni. Gdzieś na wschodnim horyzoncie – Matterhorn. Bajka!

 

Nie przybijamy jednak “piątki” – żaden z naszej szóstki nie zna zejścia na drugą stronę grani. Anglicy rozpoczynają zjazdy ze starych pętli (w których zwykle nie ma nawet maillona). Dodatkowo, pierwsze 2-3 prowadzą po skosie, między skałkami i są dość krótkie. Lina chłami się niemiłosiernie. Zapada zmrok. Zjeżdżając jako ostatni, na którymś kolejnym stanowisku wiszę nad wyraz długo. Zanim prowadzący Anglik odnalazł kolejne stanowisko zjazdowe, ja byłem niemal gotów zejść w dół “na repach”, pewny, że Tomkowi coś się stało…

 

Góry mają bardzo różnorodne sposoby, żeby nas nie wypuścić ze swoich objęć zbyt łatwo. My tkwimy w kolejce do zjazdów  za Anglikami, którzy z czasem grzebią się coraz bardziej. Zaczyna nas to mocno irytować – straciliśmy przez nich już tyle czasu! Miarka się przebiera, gdy dojeżdżam do któregoś stanowiska i widzę wyspiarzy… na stanowisku 5 metrów niżej! Po co robić zjazdy po 5 metrów, doprawdy nie wiem… Tomek zjeżdża na prawie pełną długość liny i zakłada własny stan z repa. Na wydechu uprzedza, żeby się nie miotać i nie “podnieść” sznurka wiszącego na słowo honoru… Zjazd z tego stanowiska wyprowadza nas już jednak na śniegi. Koniec liny anglików leży jakieś 5-8 metrów nad naszą – spokojnie też mogliby dawno stać na śniegu i zbierać się “do domu”. Jeden z nich jednak, zamiast na niej po prostu zjechać, wisi wpięty w zjazd przy zostawionym przez Tomka repie. Ani w dół, ani obciążyć stanu, ani dać mi przejechać. Czołówka spada mu w śnieg kilkanaście metrów niżej. Zmęczony i zirytowany mówię im “do zobaczenia w schronie”.

No właśnie, w schronie… Po udanej wspinaczce i szczęśliwych zjazdach, kiedy już jesteście na dnie doliny, zdjęliście uprzęże z tyłków i pozostaje podreptać do schroniska zwykle się rozprężacie. Wiecie gdzie iść i jak, naszym jedynym zadaniem jest się “dokulać” i – ewentualnie – nie poktnąć o własne nogi. Nic prostszego? Ano, zwykle tak. Ale u podstaw tego podejścia leży założenie, że… WIECIE GDZIE JEST SCHRONISKO! Cóż… My nie wiedzieliśmy. Z Druatów schodzi się na drugą stronę grani, do (innej) Doliny Telefre. Była noc a nikt z nas w tej dolinie nie był! Sprawę nieco ułatwiała pełnia księżyca i ślady skiturowców. Z trudnem podchodzimy nimi pod górę. Kiedy na morenie bocznej ślady się rozdzielają w 2 strony – zaczynamy czuć zapach przymusowego marszu aż do stacji kolejki na Montenvers (kolejne 2h) i murowanej nominacji do Złotego Jaja. Z pomocą przychodzą jednak tyczki i mocny “szperacz” czołówki. Zauważamy schronisko stojąc kilkadziesiąt metrów od niego, tuż przed drugą w nocy. Po 22 godzinach od wyjścia z Argentiere i pięknej alpejskiej przygodzie – Druaty nas wypuściły.

Les Droites (4000 mnpm); ściana NE; Kuluar Lagarde Direct, wariant Cordiera; TD 4+; WI3, M4+; droga 9.5h, schron-schron 22h; 12.04.2017

fotorelacja z całego tygodniowego wyjazdu: https://flic.kr/s/aHskY6ppd9

Johny | 1 kwietnia 2016 Dolomity góry lodospady zima

Sylwestrowe Dolomity

Wpis pierwotnie opublikowany na stronie podroznawynos.pl

 

Berlingo wypełniony po brzegi. Cudem domykamy bagażnik, siadamy i w drogę! SAKWA jedzie w Dolomity!

DSC_0007

To wszystko się tu zmieściło?

Podróż mija bezproblemowo, o 6 rano meldujemy się w włoskiej miejscowości Sappada. Spoglądają na nas pięknie wylane lodospady. Szybkie śniadanie i wyruszamy zawojować pierwszy cel wyjazdu.

DSC_0029
Lodospady czekają!

Samo dostanie się pod lód nie jest takie proste. Nad rzeką rozciągnięta jest metalowa linka, do której wpinamy się karabinkiem i ruchem posuwisto zwrotnym przesuwamy na drugą stronę.

DSC_0016
Wadim na mostku linowym.

Tam Łukasz próbuje swojego pierwszego prowadzenia w trójkowym lodzie. Idzie bardzo dobrze, do momentu gdy na polu walki pojawia się Adam Wojsa.

„Idź dalej na lewo, tam jest fajne stanowisko, z którego można zrzucić wędki.”

Biedny Łukasz posłuchał, nie biorąc pod uwagę, że wypstrykał się już z wszystkich dobrych śrub lodowych. Udało się, ale Stempek miał bardzo przyśpieszone bicie serca i nabrał sporej awersji do lodospadów.

DSC_0066
Trzeba było asekurować się z poręczówki.

Cały dzień upłynął nam na przyjemnym dziabaniu w świetnym lodzie. Wieczorem rozkładamy cygańskie obozowisko. Dobre jedzenie, muzyka, pogaduchy i coś mocniejszego umilają zimny wieczór.

DSC_0098
Cygańskie obozowisko.

Niestety, część zespołu dopadła grypa żołądkowa. Dorota chorowała już pierwszego dnia, Adama złapało w nocy.

Kolejny dzień również upływa nam na dziabaniu lodu. Próbuję swojego pierwszego prowadzenia w zamarzniętej wodzie. Pod koniec spada mi rak :(, co udaremnia czyste przejście. Muszę przyznać, że jest w tym sporo masochizmu ;).

DSC_0040
Dwa dni na „nordwandzie”, bez promyka słońca :(.
DSC_0093
Nocne wspinanie.

Niestety Adam i Dorota ze względu na całkowity brak sił po grypie i chęci do kontynuacji Dolomickiej przygody decydują się wrócić do Polski.

U nas „Klątwa Wojsy” zbiera coraz większe żniwo. Problemy żołądkowe dopadają wszystkich, z mniejszym lub większym sukcesem.

Kolejny dzień mija nam na jeżdżeniu po Dolomitach, zdychaniu i powolnym kurowaniu się. W pewnym momencie, gdy morale są na bardzo niskim poziomie Wadim krzyczy „Stop!”. Zatrzymujemy się w kameralnej pizzeri. Dużo lokalsów i ogromna pizza za 6 euro, sprawia, że morale wracają do zespołu. Szczęśliwi i z pozytywnym nastawieniem jedziemy rozbić namiot w krzonie.

Z rana szybki wypad po świeże pieczywo i hop w góry. Sylwestra zamierzamy spędzić w jednej z ogólnodostępnych chatek – bivaco. Cena do jakości – milion.

DSC_0106
Tu spędzamy sylwestra.

Oczywiście za darmo, a jakość, co tu dużo mówić. Kominek, stoły, kuchnia woda, wszystko co potrzeba. Zostawiamy tam nasze rzeczy i wyruszamy na szybką wycieczkę.

DSC_0114

Szybki trekking w Dolomitach. Śniegu brak :(.

 

DSC_0128
Prawie cała ekipa.

Niesamowite widoki i wesoła atmosfera wprowadzają dobry klimat do sylwestrowej zabawy. Ta była przednia. Cały gar świeżo przygotowanej carbonary Stempka i 9 litrów włoskiego wina zadbały o dobre humory. Pospaliśmy do późna, a pierwszego dnia nowego roku… Opalaliśmy się na wysokości 1800m.

DSC_0161
1 styczeń 2016 r :).

Co dobre jednak zawsze się kończy. Zwijamy się do samochodu, jedziemy do pizzeri. Tam pada kolejny cel – Cimon della Pala – Matterhorn Dolomitów. Robimy szybki przepak. Swoją drogą, chyba pół wyjazdu schodzi nam na przepaki…

Jedziemy pod nieczynne schronisko, gdzie wskakujemy do naszych ciepłych puchowych śpiworów, aby złapać chwilę snu. Wstajemy grubo przed świtem. Śniadanie i wyruszamy.

DSC_0187
Wschód Słońca.

Na początek szlak, później dość trudna via ferrata.

Piotrek na via ferracie.

Po 4 godzinach meldujemy się w bivaco Fiamme Giale (3005m). Tu niestety zaczyna psuć się pogoda. Zostajemy na chwilę w metalowej puszce. Krótka dyskusja i decyzja. Idziemy do góry.

DSCN0603
Bivaco Fiamme Giale, warun nie rozpieszcza…

Piargiem pod start drogi prowadzi Łukasz. Jego miłość do wszelakiego parchu i zła widoczność spowodowała, że wbiliśmy się w złą drogę. Idziemy, wspinamy się, jest dość krucho. Jest jakiś szczyt… Okazuje się jednak, że zły.

DSC_0229
SAKWA na przed wierzchołku.

Wbiliśmy się na przed wierzchołek właściwego Cimona. Góry jednak wynagradzają nam podjęty wysiłek. Chmury na moment rozwiewają się ukazując piękne widoki.

DSC_0241
Chwilowa poprawa pogody.

Jest już dość późno, decydujemy się na wycof. Zjazdy dla 5 osób zajmują dużo czasu.

DSCN0621
Wadim z Łukaszem szykują się do zjazdu.

Po zmroku wszyscy wracamy do bivaco i pada pytanie, co dalej? Ja i Łukasz chcemy zostać na noc, Wadim i Sabina schodzić. Piotrek zachowuje neutralny grunt. Na szczęście dla każdego znalazł się argument, aby spędzić noc na 3 tysiącach. Nie mieliśmy śpiworów, na szczęście bivaco było wyposażone w sporo koców. Po zrobieniu uszczelnienia drzwi nadliczbowymi materacami i gore-texem Stempka udało nam się nagrzać wnętrze do 14 stopni!

DSC_0247
Całkiem przytulnie :).

Na zewnątrz była w tym czasie śnieżyca, bardzo mocny wiatr i ok minus 10 stopni. Większym problem był jednak brak wody. Wkładaliśmy śnieg do butelek, pakowaliśmy je pod koc i ciepłem własnego ciała uzyskaliśmy wodę. Klimat był niesamowity! Mała metalowa puszka, 5 osób, świeczka, muzyka… Jedna z najciekawszych nocy w niesamowitym miejscu jaką miałem okazję spędzić.

DSCN0637
Nasze schronienie o poranku.

Rano wita nas piękne słońce. Zjazdy ferratą i zejśicie do auta w bardzo dobrej pogodzie zabierają nam 7 godzin… Dobrze że zostaliśmy na noc u góry.

DSC_0251
Czas na dół!
DSC_0265
Towarzyszą nam wspaniałe widoki.
DSC_0279
Pełen skład, jeszcze będzie trzeba tu wrócić…
DSC_0286
Piękny zachód Słońca.
DSC_0289
Powoli czas wracać…

Sylwestrowy wyjazd powoli zbliża się ku końcowi. Aby aktywnie spędzić ostatni dzień w dolomitach decydujemy się na drytooling. Jedziemy do miejscowości Campitello di Fassa. Z dala od cywilizacji znajdujemy ciche miejsce gdzie rozbijamy nasz namiot i robimy całkiem zacną imprezę ;). Nazajutrz głowy trochę ciężkie ale twardo udajemy się do groty.

DSC_0335
Grota w całej okazałości.

Tu bicki sprężają się do granic możliwości. Każdy z nas łapie za dziaby i z mniejszym lub większym sukcesem próbuje swoich sił.

DSC_0315
Wadim na Attraverso Pian (D8).

Pozostali również wspinają sie na łatwiejszych, połogich rutach, ale okazują się one bardzo zdradzieckie… Po prostu nie ma stopni, nie ma chwytów, trzeba się skradać po połogich płytach. Zniechęceni wstawiamy się w drogę Wadima. Łukasz wypowiada wtedy, tak ważne później dla niego słowa…

Deklaracja Łukasza – film

Kostek nadal nie zrobiony, naliczamy tygodnie ;).

Pakujemy się, jedziemy do Bolzano na pożegnalną pizzę i wracamy do Polski. Bardzo udany wyjazd w świetnej atmosferze. Wyszło również dość tanio, z przejazdem ok 600 zł / osobę ;).

Johny | 14 grudnia 2015 kościelec setka tatry zima

„Setka”, czyli wpierdol na życzenie

Relacja z przejścia zimowoklasycznego Setki IV na Zadnim Kościelcu. Zespół: Michał Czech, Kuba Kokowski

Po ostatnim wycofie z Pośredniego Gerlacha stwierdzamy, że na rozwspin lepiej wybrać się na Halę. Wszystkie miejsca w Betlejemce i w Murowańcu są już dawno zarezerwowane, więc bierzemy ze sobą namiot i resztę gadżetów biwakowych. O 21 docieramy do Betlejemki. Michał pogadał chwilę z Adim i szybko okazało się, że jak idziemy na wspin to miejsca się jednak znajdą. Wpadamy jeszcze na chwilę do Murowańca pogadać z Marcinem i Olą. Tu też bez problemu byśmy się mogli kimnąć, więc graty biwakowe wnieśliśmy tylko dla treningu;)

Kuba

Niedługo przed świtem startujemy. W śnieżycy, mocnych podmuchach wiatru i z widocznością czasami nie przekraczającą 20 metrów samo podejście pod ścianę staje się nie lada wyzwaniem. Michał robił tę drogę w lecie w 2011 roku, wtedy pod ścianę prowadziła ewidentna ścieżka. Teraz miejscami w śniegu po pas, a miejscami w stromych trawach, czynnie używając obu dziabek, powoli pniemy się pod drogę. Zawiewa śniegiem ze wszystkich stron, a temparatura w okolicy zera sprawia że wszystko jest mokre.

https://www.youtube.com/watch?v=iGz8xw3bEQY Piosenka wyjazdu. Chodziła nam po głowach całą drogę. Na szczęście skończyło się na drugim jeźdźcu – WOJNIE!

Michał:

„Po niemalże 3 godzinach walki na podejściu wbijamy w drogę. Tak jak się spodziewaliśmy, skała jest zalepiona śniegiem, a pierwszy czujny wyciąg dostarcza odrobinę adrenaliny, głównie ze względu na asekurację. Brak koncentracji na początku drugiego wyciągu kończy się drobnym odpadnięciem w trawki, podczas którego zabolała mnie lewa kostka. Po chwili ból ustąpił, ja poprowadziłem ten wyciąg do końca i oddałem prowadzenie partnerowi. Pogoda zaczęła się powoli poprawiać, widoczność stawała się coraz lepsza. Temperatura spadła, a nasze warstwy zewnętrzne zmieniły się w lodowe pancerze. Wszystkie trzy pary rękawiczek były przemoczone i zmarznięte. Pszyszła kolej na prowadzenie Kuby.”

Kuba:

„Na początku idę lawiniastym żlebikiem zrzucając przed sobą 40cm warstwę śniegu, żeby przebić się do traw. W pewnym momencie wyjechało nade mną więcej śniegu niż planowałem. Na szczęście przeszło mi po boku, ale i tak ledwo utrzymałem się na dziabach. Mogłem kontynuować wspinanie żlebem, ale wybrałem ucieczkę pod skalny próg, gdzie zbudowałem stan. Stamtąd kolejnym łatwym wyciągiem podszedłem pod najładniejszy IV wyciąg na drodze. Świetne ciągowe wspinanie z bardzo dobrą jak na tę drogę asekuracją – założyłem chyba więcej punktów, niż Michał na pierwszych dwóch dłuższych wyciągach.”

Michał

„Kostka od czasu do czasu daje o sobie znać, ale frontalne ustawienie stopy daje radę. Mysleliśmy przez chwilę o wycofie na Mylną Przełęcz, ale w tych warunkach nie byłoby to zbyt bezpieczne. Jedyną możliwością było dokończenie drogi. Prowadzę trzy ostatnie wyciągi i tuż przed zmrokiem stajemy na szczycie.

Wtedy okazuje się, że podmuchy które od czasu do czasu utrudniały nam wspinianie to nic, w porównaniu do tego to się dzieje się po zachodniej stronie. W pośpiechu wrzucamy szpej do plecaka i rozpoczynamy zejście w stronę Kościelcowej Przełęczy. Z lata  kojarzyłem je jako lajtowe. W zimie, po ciemku i przy mocnych podmuchach wiatru nic nie jest lajtowe! Okazuje się też że kostka, która podczas wspinania dzielnie się trzymała, na zejściu daje o sobie mocno znać. Nie jestem w stanie schodzić przodem ani bokiem, w grę wchodzi jedynie zejście tyłem. Staramy się trzymać jak najbliżej grani i omijać depozyty świeżo nawianego sniegu. Podczas zejścia nie wiadomo jak i dlaczego, z uszkodzonej nogi wypina mi się rak i zjeżdża w dół po lodowej polewce. Pierwszy raz w życiu wypiął mi się rak, akurat w takiej sytuacji! Na szczęście znajduję go kilkadziesiąt metrów niżej. Nie wyobrażam sobie zejścia z Kościelcowej przełęczy bez raka na chorej nodze. Powoli poruszając się wyłącznie na przodach dochodzimy do  Karbu. No to dobra, koniec przygód, teraz już tylko spacerek szlakiem do schroniska. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze, ubity śnieg na szlaku nie daje takiej amortyzacji jak ten pod zachodnią ścianą Kościelca, o czym kostka coraz mocniej przypomina. Po drugie, idąc cały czas po śladach wchodzimy w bujną kosówkę, w której zapadamy się po pas. Nikt z nas nie pomyślał żeby wyjąć kompas i mapę, lub też wrócić po śladach do ostatniego miejsca w którym był szlak. Przekonani że zaraz dojdziemy do szlaku brniemy przez kosówki. Nie ma chyba nic gorszego, zapadać się w śnieg pomiędzy gałęzie kosówki, mając uszkodzona nogę. Nie jestem w stanie jej usztywnić. Wiele razy zaliczam glebe, czasem na plecy, czasem na kolana, czasem prosto twarzą w śnieg. Po którejś glebie z kolei nie chce mi się już nawet wstawać. W pewnym momencie ślady się kończą, a szlaku nie widać. Próbujemy wyznaczyć własną ścieżkę w tym oceanie kosówek. Przeszkadzają w tym potoki i stawy, na których lód nie jest jeszcze zbyt solidny, o czym Kuba ma okazję się przekonać wpadając po kolana do wody. Cofamy się po własnych śladach i próbujemy gdzie indziej przez potok. Kuba przeskakuje, a ja staję butem w wodzie. Na szczęście Scarpy Cumbre nie przemakają z byle powodu. W końcu docieramy do ubitego szlaku. Po tylu zapadnięciach i upadkach każde obciążenie uszkodzonej nogi sprawia duży ból. Ostatni odcinek to Murowańca to prawdziwa męka. Dojście z Karbu do schroniska zajęło nam 3,5 godziny.

Następnego dnia zjeżdżamy samochodem TOPRu do szpitala. Okazuje się że poza skręceniem i naderwaniem stawu skokowego, mam jeszcze pęknietą kość skokową.

Teraz zastanawiam się nad popełnionymi tego dnia błędami i próbuję wyciągnąć wnioski. Odmroziłem lekko osiem palców u rąk i skręciłem kostkę. Jeden dzień wspinania, droga zrobiona,  ale przerwa potrwa pewnie z 2 miesiące. Przede wszystkim nie wolno spadać, a w łatwym terenie zawsze zachować czujność. Dużym wyzwaniem psychicznym było skończenie drogi ze skręconą kostką i zejście bezpiecznie do schroniska. Na pewno jako zespół daliśmy radę. Ale żeby się zgubić na pojezierzu, to już trzeba być gamoniem!

Kuba

„Dla mnie najbardziej niebezpiecznym miejscem były płyty na zejściu wzdłuż Zachodniej Kościelca. Nieasekurowalne, strome, przykryte cienką polewką lodową byłyby nie do przejścia bez raków. Do tego mocny wiatr i zmęczenie zmniejszyły naszą czujność. Każda utrata równowagi równała by się śmierci – nie byłoby najmniejszych szans na wyhamowanie.

Do tego nauczką jest odpuszczenie kontrolowania szlaku w łatwym terenie. Prawdopodobnie dopiero w kosówkach kontuzja Michała pogłębiła się.

Zimowy wspin zawsze kończy się dla mnie srogim wpierdolem a im ambitniejszy cel tym większy wpierdol. Zależność jest chyba liniowa. Chodzą jednak słuchy, że czasem warun jest lepszy i wspinanie pozwala się cieszyć każdym wyciągiem, więc nie zamierzam odpuszczać. Może w końcu się uda na taki trafić;)”

Tej soboty wszystkie pozostałe zespoły poza jednym, który zrobił Potoczka na Czubie nad Karbem wycofały się ze względu na silny wiatr i śnieżycę.

Johny | 4 marca 2014 grań tatry tatry zachodnie zima

GRAŃ GŁÓWNA TATR ZACHODNICH ZIMĄ: 26.02. – 01.03.2014

Z pomysłami na górskie wyprawy jest różnie. Niektóre pojawiają się i po krótkiej ekscytacji szybko się o nich zapomina a niektóre powoli dojrzewają do realizacji. Tak było z naszym przejściem grani głównej Tatr Zachodnich.

PRZYGOTOWANIA

Poniedziałek, 24.02.2014

Pizga, zimno, nieprzyjemnie. Nie tego się spodziewałem po ostatnich dniach dobrej pogody. Opuszczam Kubę z jednej z prostszych dróg na Zjazdowej Turni. Dzisiaj na żadne większe trudności nie mamy ochoty. Dzwoni Marcin. Mieliśmy się tego dnia spotkać, żeby zaplanować wyprawę na Grań Główną Tatr Zachodnich. Niestety na tym chłodzie bateria padła zanim zdążyłem odebrać.. Zazdroszczę Kubie, szczęśliwemu posiadaczowi nowszego, niezawodnego urządzenia. Oddzwaniam z jego telefonu: „Widzimy się o 18 u Łukasza. Weź namiot, śpiwór i matę” słyszę. To wszystko po to, żeby przetestować, czy zmieścimy się w trójkę w jednym namiocie. To nie takie proste, gdy każdy z nas ma olbrzymi śpiwór puchowy.

Łukasz zawsze dba o szczegóły. Przedstawia nam tabelkę z wypisanymi produktami i przypisanymi im kaloriami i wagami. Ustalamy menu wyprawowe. Z tym nie ma żartów. Nie możemy przesadzić w żadną stronę. Jak weźmiemy za dużo, to trzeba będzie nosić dodatkowe kilogramy. Za mało jedzenia może się dla nas skończyć jeszcze gorzej. Decydujemy się na zapas na 5 pełnych dni. Naczytaliśmy się opisów w Internecie o czyimś przejściu GGTZ trwającym tydzień. Tyle czasu nie zamierzaliśmy tam spędzić, ale trzeba się było jakoś zabezpieczyć na wszelki wypadek. Rozbijamy w salonie namiot wyprawowy Łukasza uważając, żeby niczego nie postrącać masztami. Jest to dwójka, ale dochodzimy do wniosku, że i tak to lepszy wybór niż mój turystyczny Fjord Nansen ze względu na szybkość rozbijania. Jeszcze kwestia transportu! Nie możemy znaleźć żadnych połączeń autobusowych na Przełęcz Huciańską. Próbujemy przekupić wódką i paliwem kolegów z SAKWY, żeby nas podwieźli. Marcin jeszcze dzwoni do Tomka, kolegi z liceum. „Jasne. Jadę z wami. Tak, na 100%! Tylko weźcie dla mnie czekan i raki”. Tyle wygrać! Nie ma to jak załatwić transport na ostatnie słowackie zadupie w 5 minut. Parę telefonów później mamy już zaklepany ekwipunek dla kolegi oraz rezerwowy palnik. Kończymy spotkanie późnym wieczorem.

Wtorek, 25.02.2014

Dzień upływa pod znakiem zakupów. Lidl -> Alpamayo -> Pamir -> Polar Sport. Jedzenie, folie NRC, i inne drobiazgi. W końcu zdobywam również odpowiednie mieszanki gazowe. Niezwykle istotne jest jaki kartusz się kupuje, bo taki butan na przykład nie spala się przy niskiej temperaturze, co czyni popularne campingazy oraz parę innych najpopularniejszych mieszanek bezużytecznymi w zimowych warunkach. I jeszcze ubezpieczenie. Nie cierpię ogarniać takich rzeczy na ostatnią chwilę. Jest już popołudniu, gdy kończę załatwiać wszystkie sprawy. O 19 mieliśmy się spotkać u Marcina, żeby się przepakować i jeszcze przespać te parę godzin przed wyjazdem. Łukasz się jednak spóźnia. Nic dziwnego. Nie spodziewaliśmy się, że plecaki będą tak bardzo wypchane i spakowanie się zajmie więcej czasu niż zwykle. Kładziemy się grubo po północy zajadając się na zapas jajecznicą i makaronem.

 

PIERWSZE ZIMOWE LETNIO – KLASYCZNE PRZEJŚCIE GGTZ

Środa, 26.02.2014

Docieramy przed godziną 6 na Wyżnią Przełęcz Huciańską. Zdecydowaliśmy się obejść początek grani szlakiem. Gdy w 5 minut mijają nas kolejne autobusy zastanawiamy się dlaczego nie mogliśmy znaleźć połączenia przez Internet. Na przełęczy prawie nie ma śniegu i widoki są mało zimowe.

Szlak jest jednak mocno oblodzony i ciężko walczymy ledwo unikając groźnych w skutkach wywrotek. Mimo tego szybko pniemy się do góry pokonując kolejne metry. Gdy docieramy na grań jest już całkiem jasno. Odbijamy ze szlaku w prawo, żeby zdobyć przyciągające swoją niedostępnością wapienne skały. Znajdujemy logiczny wariant wejściowy z trudnościami za około II i cieszymy się pięknym widokiem ze szczytu. Jednak trzeba zasuwać dalej. Po chwili znowu zrzucamy plecaki i wspinamy się na Białą Skałę żywcując III trudności. Sama przyjemność tak powspinać się na słoneczku.

Idziemy dalej granią. Jest piękny dzień bardziej przypominający późną tatrzańską wiosnę i przejście całej grani wydaje się tylko formalnością. Żartujemy, że wzięliśmy za dużo jedzenia i że trzeba będzie przedeptać wszystkie napotkane płaty śniegu, żeby zwiększyć klasę przejścia. Podziwiamy Siwy Wierch i otaczające go wapienne skały i rozstajemy się z dwójką kolegów, którzy wracają do samochodu. Ze szczytu obserwujemy dalszy fragment grani. Im dalej, tym mniej śniegu – na Brestowej wszędzie wystaje trawa. Nasza wyprawa wydaje się nam coraz mniej poważna. Szlak jest przedeptany a na Palenicy Jałowieckiej znajdujemy ślady biwaku. Czyżby ktoś szedł przed nami w tym samym celu? Deptamy trawniki, idziemy szybciej, niż się spodziewaliśmy. Dopiero Salatyn jest cały w śniegu – ubieramy wreszcie raki. Gdy na szczycie spotykamy dwójkę słowackich skiturowców nie spodziewamy się, że przez następne dwa dni nikogo więcej nie zobaczymy.

Nasze tempo spada. Plecaki zaczynają ciążyć coraz bardziej a trudności na Skrzyniarkach zabierają więcej czasu, niż myśleliśmy. Na Spalonej decydujemy się na biwak. Na nasze szczęście znajdujemy tam przygotowaną platformę pod namiot. Gdy zaczynamy przygotowywać posiłek pogoda gwałtownie się pogarsza. Zaczyna mocno wiać i niebo zasnuwa się chmurami. Rozpoczynamy przygotowania do snu. Koledzy dokładnie obskrobują swoje Nepale z lodowych drobin. Ja sobie odpuszczam, bo wiem, że i tak moje wysłużone buty przemokną po chwili marszu. Wkładamy buty do śpiworów. Trafiają tam też butle z gazem, mokre skarpety, stuptuty. No i na końcu my. Ciasno trochę. Długie godziny przewracamy się z boku na bok niepokojeni przez gwałtowne podmuchy wiatru trzepoczące głośno płótnem namiotu.

 

KISIEL Z ŁOPATY

Czwartek 27.02.2014

Trzeba wstawać. To nie takie łatwe kiedy w małym namiocie znajdują się 3 osoby. Podczas gdy jedna osoba się zbiera, reszta chowa się w kącie namiotu. Dlatego mimo budzika nastawionego na 5 ruszamy dopiero po 8. Mocno wieje i widoczność wynosi około 20 metrów. Na szczęście jest mało śniegu i łatwo odnaleźć właściwy kierunek marszu po wydeptanych śladach. Zdobywamy Pachoła, następnie Banówkę.

Dopiero teraz zaczną się trudności. Ten fragment grani jest całkiem słusznie porównywany z Orlą Percią. Jednak mamy szczęście w tym pogodowym nieszczęściu. Na całej trasie są świetne betony, dzięki czemu przejście jest łatwiejsze i bezpieczniejsze niż w listopadzie. Nie żałujemy, że nie zabraliśmy szpeju, bo ani przez moment nie czuliśmy potrzeby asekuracji. Słaba widoczność oraz zbytnia pewność siebie spowodowana dobrą znajomością odcinka usypiają jednak naszą czujność. „Co tu robi niebieski szlak?”. Zboczyliśmy z grani głównej i zaszliśmy aż na Zielony Wierch, na który kiedyś wiódł szlak o takim kolorze. Wracamy wściekli, że tracimy cenne siły. Do tego zaczynamy czuć odwodnienie. Każdy z nas dysponuje jednym termosem gorącej herbaty, ale ta mimo dosypywania śniegu szybko się kończy. Na Jamnickiej Przełęczy jesteśmy zmuszeni do ugotowania dwóch menażek wrzątku, co nas chwilowo ratuje.

Na Łopacie dopada nas zmęczenie. Rozważamy jeszcze zejście na Niską Przełęcz, ale zauważamy nawianą poduchę śniegową, która stanowi świetną ochronę przed wiatrem. Wieczorem jemy wielką porcję kisielu i idziemy spać. Jesteśmy całkowicie osłonięci od wiatru i śpi się świetnie.

 

OWSIANKA MOCY I STRASZLIWE KARA-KURCZE-KORUM

Piątek 28.02.2014

Wszyscy się wyspali i nie mamy problemów ze wstawaniem. Z apetytem wcinamy owsiankę z roztopioną czekoladą. Zwijamy namiot i zmotywowani wysokokalorycznym śniadaniem ruszamy w dalszą drogę. Po przejściu Rohaczy wydawało się, że sukces jest gwarantowany. Prognozy też nie były takie złe – miało wiać 30 km/h, czyli znośnie. A tu bach! Parę kroków od namiotu, po wyjściu na grań dostajemy po twarzach potężnym podmuchem wiatru i niesionymi z dużą prędkością drobinami lodu. Ciepły namiot już jest zwinięty, więc nie ma odwrotu. Ruszamy naprzód uginając się pod naporem wiatru i wciąż ciężkimi plecakami a przed nami największe podejścia na całej grani. Na samym początku Jarząbczy Wierch. Na szczycie do silnego wiatru dochodzi znaczne pogorszenie widoczności. Teraz wynosi ona około 10 m i taka utrzyma się do końca dnia. Zostawiamy plecaki i przy okazji zdobywamy Raczkową Czubę. Słabo się czuję i odstaję zdecydowanie od kolegów, którzy nie odczuwają tego dnia kryzysu formy. Następne mocne podejście to Starorobociański. Trawersujemy jego zbocze. Gdy ustawiamy się plecami do wiatru jest zdecydowanie łatwiej. Na szczycie wiatr osiąga maksimum swojej mocy. Z trudem się komunikujemy a drobiny lodu poderwane butami Marcina uderzają mnie niezwykle boleśnie w twarz.

Na szczęście już kilka metrów niżej wiatr jest odrobinę słabszy. Idziemy dalej. Nasz świat cały czas jest ograniczony do 10 m. Wszystko wygląda tak samo tylko słupki na szczytach są różne. Na Raczkowej kawał brązowej rury, na Starym Robocie zwykły słupek graniczny a teraz na Bystrej zielona rura dla odmiany..

Idziemy dalej boleśnie odczuwając małe zapasy wody. Na Pyszniańskiej pijemy resztki herbaty. Nie jest to łatwe, bo wiatr sprawia, że z termosów wypływa ona poziomo a w kubkach tworzą się fale! Atakujemy kolejne wielkie podejście – na Kamienistą a na jej szczycie – zgadnijcie! Tak, macie rację – znowu słupek. Całe szczęście, że słupki się od siebie różnią, bo można by myśleć, że się błądzi dookoła jednego miejsca. Warunki cały czas jak w jakimś „straszliwym Kara-kurcze-korum” jak to określił Marcin, choć oczywiście w mniej wybrednych słowach. Odwodnieni schodzimy ze szczytu z trudem utrzymując równowagę przy silnych podmuchach wiatru. Na Hlińskiej Przełęczy znajdują się największe w Tatrach rowy grzbietowe. Marcin i Łukasz, którzy świetnie znają topografię grani upatrzyli je sobie na miejsce noclegowe. Rozpoczynamy kopanie murów osłaniających namiot przed wiatrem. Kopanie idzie tak świetnie, że Łukasz stwierdza, że wykopie sobie jamę śnieżną. Ja i Marcin jesteśmy już jednak zupełnie wyczerpani. Rozbijamy namiot i bez naciągania tropiku wpełzamy do śpiworów. Brakuje sił nawet do ugotowania wody. Zazdrościmy Łukaszowi jego zdolności do znoszenia zimna i rozważamy warianty wycofu. Zaczynamy sobie powoli zdawać sprawę, że kolejnego tak ciężkiego dnia możemy nie przetrwać. Dodatkowo zaczyna sypać śnieg. Gdy ścianki namiotu zaczynają nas przygniatać dociera do nas dlaczego w tym miejscu jest tyle śniegu. W godzinę powstały dookoła półmetrowe zaspy świeżego puchu. Łukasz ogarnia obiad i coś do picia a my rozmawiamy o Kukuczce. Nas tak szybko wykończyło pragnienie i zimno a ten „kosmita” potrafił przetrwać kilka biwaków na 8000 bez picia i sprzętu biwakowego.. Słyszę już chrapanie Marcina. Ja jeszcze męczę się połowę nocy próbując zasnąć, podczas gdy wyobraźnia podsuwa mi wizje całkiem zasypanego namiotu. Wiedza, że nikt oprócz nas w tej chwili nie wie gdzie się znajdujemy też mi nie pomaga.

 

ŻYWIEC NA STOŁACH

Sobota 01.03.2014

Jest godzina 5, dzwoni budzik. Wyglądam z namiotu: „K***a!” wyrwało mi się. „Aż tak źle?” słyszę. No niestety. Wydaje się, że pogoda się nie poprawiła. Dostaję śnieżnym puchem prosto w twarz i pospiesznie zamykam wejście do namiotu. Upewniam się jeszcze, że jama śnieżna Łukasza nie została całkiem zasypana i idę spać dalej. Wstajemy po godzinie 7. Dalej pizga i jest nieprzyjemnie, ale motywują nas wyłaniające się z zadymki szczyty Kamienistej i Smreczyńskiego Wierchu. Jak zwykle jemy owsiankę z czekoladą i dużo pijemy. Zapominamy szybko o wczorajszych ciężkich momentach. Rano po dobrym śniadaniu górski świat wydaje się znacznie bezpieczniejszy. Wszystko nam przemokło od tego śniegu. Silnie wierzymy, że mimo późnego rozpoczęcia marszu jesteśmy zdolni tego dnia dokończyć drogę i nie będziemy zmuszeni do kolejnego noclegu na grani w mokrych śpiworach. Już idziemy. W nocy napadało dużo śniegu i zrobiło się w niektórych miejscach lawiniasto. TOPR ogłosił rosnącą dwójkę, ale prognozy pogody na dzisiejszy dzień napawają optymizmem. Wieje też zdecydowanie słabiej i raźnie maszerujemy pod górę. Dzisiaj czuję się świetnie i sprawnie wyszukuję drogę na wierzchołek Smreczyńskiego. Dalej skały się kończą i maszerujemy po łagodnie nachylonych zboczach. Szybko zdobywamy Tomanowy i schodzimy na Tomanową Przełęcz. Tutaj wreszcie pijemy. Zdajemy sobie sprawę, że przed nami znajdują się największe trudności na drodze i musimy być w pełni skoncentrowani, żeby nie popełnić żadnego błędu.

Staramy się trzymać skalnej grani, bo obejścia Stołów wydają się być mocno lawiniaste. Śnieg tutaj nie jest tak zwięzły jak wcześniej. No i utknęliśmy. Obejście wydaje się pewnym zsunięciem z lawiną a u góry trudności są przynajmniej dwójkowe w bardzo kruchym terenie. Łukasz odważnie decyduje się pokonać skalną przeszkodę. Ostrożnie maca kolejne chwyty co chwila stwierdzając, że wszystko się rusza. Zaraz jest już jednak na górze. Wspinamy się za nim. Przeklinam ciężki plecak i raki turystyczne na butach z miękką podeszwą. Jednak to Marcin ma najtrudniej, bo stopnie w śniegu, które znacząco nam wcześniej pomogły teraz uległy zniszczeniu. Najedliśmy się trochę strachu, ale trudności zostały za nami.

Grzejemy dalej najeżoną nawisami granią prosto na Ciemniak. Jest godzina 15, gdy osiągamy wierzchołek i pijemy resztki herbaty z termosów. Mija nas dwójka skiturowców upewniająca się, że szlak nie wiedzie w kierunku, z którego przyszliśmy. Cieszy nas ten widok, bo odzwyczailiśmy się od obecności innych ludzi w górach – przez prawie trzy doby z nikim się nie widzieliśmy. Informujemy telefonicznie znajomych, że jest szansa, że dzisiaj skończymy, chociaż ciężko mi w to samemu uwierzyć. Przed nami jeszcze całe Czerwone Wierchy, Goryczkowe, podejście na Kasprowy, no i spacer na Liliowe a do zmroku jedynie 3 godziny. Narzucamy plecaki i biegniemy. Są betony i tempo mamy doskonałe. Nie zwracamy uwagi na to, że widoczność znowu spadła do maksymalnie 20 metrów. Od słupka do słupka grzejemy do przodu. Po chwili dołącza do nas dwójka turystów. Usilnie trzymają się za nami. Gdy docieramy do pierwszego rozwidlenia szlaków rozumiemy dlaczego. Zabłądzili we mgle i dzięki nam dotarli do zbawczej możliwości wycofu. My jednak zasuwamy dalej, bez wytchnienia. Czuję się świetnie, jakby to był pierwszy a nie czwarty dzień wędrówki i jakbym wcale nie był mocno odwodniony. Zrzucamy plecaki chcąc zdobyć Suchą Czubę. We mgle omyłkowo wchodzimy na wcześniejszy, mało wybitny wierzchołek.

W krótkim przejaśnieniu ukazuje się nam właściwy szczyt majaczący w niewielkiej odległości. Zbiegamy, żeby po chwili ponownie wdrapać się na grań. Nie ma czasu na odpoczynek. Dalej narzucamy sobie mordercze tempo. Robi się ciemno, gdy ostatkami sił dopełzamy na Kasprowy. Omijamy pracujące ratraki i zostawiamy plecaki na Beskidzie. Wpadamy na Liliowe. Gdzie ten słupek? Jesteśmy pewni, że gdzieś się znajduje jednak w ciemności nie możemy go wypatrzeć. Mamy wątpliwości, czy na pewno jesteśmy na właściwej przełęczy. Po chwili nerwowego i nieskutecznego sprawdzania położenia na GPS wypatrujemy go wreszcie. Pamiątkowe zdjęcie, okrzyki radości, krótki filmik i zbulwersowany niewłaściwym położeniem słupka Łukasz –„przełęcz nie znajduje się przecież na zboczu!”. Dopiero teraz, na spokojnie podziwiamy tatrzańskie rozgwieżdżone niebo. Po raz pierwszy na wyprawie ukazało się nam tyle gwiazd. Typowe – wycieczka się kończy, pogoda się poprawia.

Schodzimy szybko po wyratrakowanym szlaku wiodącym do Murowańca. Docieramy do schroniska o 20 – nie piliśmy od 5 godzin! Wypijam duszkiem trzy menażki wody. Dopiero teraz dochodzi do nas, że już po wszystkim. Dostajemy telefony z gratulacjami i powoli się rozprężamy. Przed 22 zostajemy wyrzuceni ze „schroniska” i udajemy się do lasu, aby spędzić jeszcze jedną, ostatnią noc pod tatrzańskim niebem.

A tak naprawdę to nie było żadnego przejścia. Był tylko głód, zimno i halucynacje z niedożywienia;)