Jakub Kokowski | 25 kwietnia 2020 bielecki czech frankiewicz gromczakiewicz jabłoński kimel kokowski korbiel olszewski ośka podlecka podsumowanie stanek wojsa wspinanie zieliński

Przejścia górskie letnie 2019

Z roku na rok w Klubie przybywa świetnych przejść. Ciężko samemu wybrać te najlepsze. Z pomocą przyszła tym razem kapituła nagród Kraków Mountain Award, która przyznała wyróżnienie Karolinie Ośce i  Michałowi Czechowi za zrobienie najtrudniejszej klasycznej polskiej drogi na El Capitanie – Golden Gate 5.13b oraz Gabrysiowi Korbielowi i Kubie Kokowskiemu za przejście wspólnie z Michałem drogi Divine Providence na Filarze Narożnym Mont Blanc (1000m, 7b OS). Było to pierwsze polskie przejście drogi, która jest uważana przez niektórych za najtrudniejszą wiodącą na wierzchołek dachu Europy. Gabryś i Kuba również podziałali w Yosemitach, gdzie dokonali czwartego polskiego klasycznego przejścia drogi Freerider 5.13a (drugie polskie przejście należy od 2 lat do Michała i Karoliny). Kolejnym rewelacyjnym przejściem popisał się zespół Bartek Ziemski – Jonatan Zazula, który dokonał najszybszego polskiego przejścia słynnej grani Peuterey Integrale (45h). Wyśmienite i szybkie przejścia posypały się również w Dolinie Bezengi na Kaukazie, gdzie działało 10 klubowiczów na zgrupowaniu zorganizowanym przez Wadima Jabłońskiego.  Spośród nich warto wyróżnić przejście drogi Timofjejeva za 6A na Krumkolu (4676 m n.p.m.) zespołu Wadim Jabłoński, Maciek Kimel,  Damian Bielecki.

Yosemite

 

Golden Gate 5.13b RP, 7 dni – Michał Czech, Karolina Ośka – najtrudniejsze klasyczne polskie przejście na El Capie.

Freerider 5.13a PP, 5 dni, dwa wyciągi PP, dwa wyciągi flash, reszta OS – Gabryś Korbiel, Kuba Kokowski. Czwarte polskie klasyczne przejście. Bez wcześniejszego rozpoznania drogi.

Astroman 5.11c flash – Gabryś Korbiel, Kuba Kokowski

Rostrum North Face z wyjściem przez Alien Roof 5.12b PP – Gabryś Korbiel, Kuba Kokowski

Zion  

Shune’s Buttress, 5.11+ – Michał Czech, Karolina Ośka

Moonlight Buttress 5.12+ – Michał Czech, Karolina Ośka

Red Rocks

Levitation 29, Eagle Wall – 5.11c, 8 wyciągów – Michał Czech, Karolina Ośka

Original Route, Rainbow Wall, 5.12b, 15 wyciągów – Michał Czech, Karolina Ośka

Cloud Tower, 5.11d, 7 wyciągów – Michał Czech, Karolina Ośka

 

Alpy – Chamonix

Divine Providence (7b, 900m trudności, 1500m do szczytu, OS), Grand Pilier d’Angle, Mont Blanc, około 30h akcji netto od podstawy do piku – Gabryś Korbiel, Michał Czech, Kuba Kokowski – pierwsze polskie przejście i od razu w najlepszym stylu OS.

Grań Peuterey Integrale – 45h akcji, 5h snu – Bartek Ziemski, Jonatan Zazula – najszybsze polskie przejście

Super Dupont (200m, 7b OS, wariant A0 przez płyte), Aiguille du Midi – Gabryś Korbiel, Michał Czech, Kuba Kokowski

L’echo des alpages (7a+, 460m, OS, około 8h), Grand Capucin – Gabryś Korbiel, Michał Czech, Kuba Kokowski

Filar Cordiera na Grand Charmoz 650m 6b – Wojciech Stanek, Adam Wojsa oraz Pete Kayll (spoza Sakwy) oraz Paweł Zieliński i Dorota Wacławczyk

Anouk, Petit Jorasses (6b+, 750 m) – flash – Paweł Zieliński i Tomek Olszewski.

Grandes Jorasses traverse D – Marcin Gromczakiewicz, Wojciech Stanek

Filar Frendo (1200m, 5c, WI3, DMarco Schwidergall, Tomasz Rodzynkiewicz, Paweł Pieńkowski

Aiguille Noire de Peuterey : Arête S  (1100m, TD 5c) Marco Schwidergall, Tomasz Rodzynkiewicz, Paweł Pieńkowski

Grań Arete du Diable – Mont Blanc du Tacul – Kacper Kłoda i Krzysiek Królas.

Kombinacja dróg Swiss Route i O Sole Mio na Grand Capucin (6b+ 320m) – Dominik Cyran, Kacper Kłoda i Krzysiek Królas.

Le piege 250m, 6b+ (wariant dolnego wyciagu) – Mikołaj Dzięciołowski oraz Jakub Siwiński (spoza Sakwy)

Kaukaz – Dolina Bezengi

Droga Timofjejeva na Krumkol, 6A – Jabłoński, Kimel, Bielecki – 52h

Kaliszewski 5B na Koshtan Tau (5152) – Ziemski-Zazula przy słabej widoczności i opadzie śniegu pokonuje drogę na lekko, w 12 godzin. Jabłoński, Kimel, Bielecki w dobrych warunkach po 13 godzinach stają na szczycie, ale sklinowana lina w zejściu zmusza zespół do biwaku pod Pticą. Warto zaznaczyć, że oba zespoły szły filar ostrzem, prosto zdolnego piętra lodowca, nie omijając żadnego jego fragmentu śniegami z prawej strony.

Szewczenko, prawym skrajem wschodniej ściany, 5B  na Misses Tau (4425), – Zazula, Ziemski 10,5h do szczytu.

Droga Naumowa 5A na zachodniej ścianie Ulluauz Bashi (4675)- Zazula, Ziemski oraz Jabłoński, Kimel, Bielecki oraz Rodzynkiewicz i Schwidergall 6-8h.

Filar Tichonowa (4747) 4A + trawers Koshtan Tau – 5A – Rodzynkiewicz-Schwidergall w rewelacyjnym czasie 9 godzin.

Dych Tau główny (5204 m.n.p.m.) – 5A,centralnym południowym filarem. Mateusz Grobel oraz Bartłomiej Hojdas (spoza Sakwy) Droga Aleksaszina. Napotkane trudności: do VI+ (UIAA) w większości teren IV-V. Efektywny czas
wspinania: 25,5h.

Tatry

Metalica IX+ RP, Mnich – Gabryś Korbiel, Ida Kupś (KS Korona)

Wachowicz VIII RP, Mnich – Jakub Kokowski, Justyna Frankiewicz

Płyty Pochyłego VIII OS, Kieżmarski Szczyt – Karolina Ośka z partnerem

Hipersprężyna VIII (kluczowy wyciąg OS), Mnich – Michał Czech i Krzysiek Fus

Dolomity

Filar Wiewiórek Scoiattoli Arete 7b, 450 metrów, OS (Cima Ovest) – Gabryś Korbiel i Krzysiek Banasik (UKA) oraz Paweł Bańczyk i Łukasz Kołodziej (KW Katowice)

Via Constantini Apollonio VII+, 600 metrów, RP –  Paweł Bańczyk i Łukasz Kołodziej (KW Katowice)

Il Vecchio Leone e la Giavane Fifona, 7a, 500 metrów, OS – Paweł Bańczyk i Łukasz Kołodziej (KW Katowice)

Via Cassin VIII, 530 metrów, OS (Cima Ovest) – Paweł Bańczyk i Łukasz Kołodziej (KW Katowice)

Aspettando la Vetta 6c, 300 m, Tofana di Rozes (do wielkich półek) OS – Ilona Podlecka oraz Jonatan Zazula

Luna Nascente VII, 360 m, Metamorfosi RP– Ilona Podlecka oraz Jonatan Zazula

Cassin VII-, 300 m, Cima Piccolissima OS– Ilona Podlecka oraz Jonatan Zazula

Maroko – Taghia

Baraka 7b, 670m OS – Paweł Zieliński, Tomek Olszewski

Fat Guides – 260 m, 7b+ – Paweł Bańczyk i Jakub Kołodziej

 

 

 

 

Michał Nowicki | 14 kwietnia 2020 bartoszek flak

X Rally 12h Escalada Terradets

Po ostrym sezonie za biurkiem otrzymuje telefon od przyjaciół z Hiszpanii z pytaniem czy nie chciałbym wziąć udziału w 12-godzinnym maratonie wspinaczkowym w Katalonii. Przekierowany, rozmawiam z organizatorem przez telefon, Rafa okazuje się być twórcą całego zamieszania, które będzie miało miejsce już 10 raz i jak się później okaże, będzie jedną z ciekawszych wspinaczek w naszej skromnej wielowyciągowej karierze. Rafa przedstawia plan działania, piątek – browarki nad basenem i lokalny jamón serrano, w sobotę 12h wspinania w świetnej jakości ścianach, wielkości 200 – 500m, po czym dekoracja zawodników i bankiet z hiszpańskimi świrami do rana.

Zawody mają rangę International, lecz na 32 zespoły tylko 4 nie pochodzą z półwyspu Iberyjskiego. My jako pierwszy zespół z Polski biorący udział w tych zawodach dostajemy dziką kartę z zaproszeniem all inclusive. Rozmawiamy dalej, ale w głowie już rodzi się plan: „przecież piję po trzy kawy dziennie, nie trenuje, a w wolnych chwilach… a nie, w korpo nie ma wolnych chwil, hmmm, jestem zajebiście przygotowany na skałki trochę dłuższe niż Lechfor. Do tego pierwszy wyjazd wspinaczkowy, gdzie nie trzeba się myć w rzece i dadzą jeść. Co może się nie udać, jedziemy!”. Dzwonie do Maciejki i oświadczam, że kupuję nam bilety do Barcelony, bo w przyszły weekend lecimy na „X Rally 12h Escalada Terradets”. Człowień lekko zaskoczony, ale po tym jak słyszy, że drogi, po których się wspinamy to same piękne klasyki, decyduje się na wycieczkę (jak się na miejscu okazało mój hiszpański jeszcze potrzebuje chwili na dopracowanie i rutas clásicas miało trochę inne znaczenie). Co więcej, przyłapałem akurat Maćka siedzącego z Grubym Tomaszem w krzakach w Buzet, więc atrakcyjność oferty urosła do rangi wygranej siódemki w totka.

Do Barcelony dolatujemy dzień wcześniej. Idąc z duchem polskiej oszczędności oraz rządzy przygody zamiast wydać po kilka jurków na hostel i jak ludzie wyspać się przed zawodami, kupujemy plecak browarków, słonecznik i idziemy na miasto zobaczyć czy nas tam przypadkiem nie brakuje.

Rano łapiemy się z ekipą z Terradets i jedziemy razem około 180km na miejsce zawodów. Region znajduje się na północ od Lleidy, całkiem niedaleko Santa Linya. Po drodze mijamy Monserrat i kilka innych ogródków skalnych, które przyprawiają nas o spocone dłonie i niemożliwą do opanowania chęć wspinania po długim czasie przerwy (sezon 2019 dla Maciejki okazał się równie bezowocny w treningi i wspinanie jak mój).

            Piątek zgodnie z planem okazuje się dniem na chill out, zapoznanie się z terenem i obraniem taktyki na sobotę. Dostajemy guidebooki specjalnie przygotowane na tą okazję i trochę fantów w pakiecie startowym. Do dyspozycji wygodny hotel w dolinie nad jeziorem (można wypożyczyć kajaki) otoczony ze wszystkich stron górami. Poznajemy świetnych ludzi, którzy w Terradets wspinają się na co dzień, ale też ekipy z całej Hiszpanii, Włoch i Chorwacji. Rozmowa i wymiana doświadczeń idą tym płynniej, im więcej browarka wchodzi w krwioobieg, ale staramy się odegrać poważnych sportowców, więc zbieramy się wcześniej do spania, bo rano czeka robota.

           

            Sobota 6:00 Start! Te klasyki z którymi mieliśmy się zmierzyć to drogi nie w pełni ubezpieczone i trzeba ciągnąć na szpejarkach urządzenia o których działaniu tak do końca nie mamy pojęcia. Decydujemy się więc na początek na drogę obitą, lecz ciut bardziej wymagającą. Pogoda na weekend nie zapowiadała się obiecująco i już po drugim wyciągu ulewa zlała totalnie ścianę, po której nie byliśmy się w stanie poruszać do góry. Z ciężkim sercem zdecydowaliśmy się na wycof i pobiegliśmy w stronę startu, by dowiedzieć się od organizatorów co dalej.

Jak się okazało po kilku minutach wyszło słońce i nagrodziło tych bardziej cierpliwych, którzy znali miejscową pogodę i postanowili w stanowiskach przeczekać nawałnicę zamiast kręcić metry jak dwóch średnio ogarniętych Jurajczyków. Pobiegliśmy z powrotem pod ścianę i rozpoczęliśmy batalię na nowo z trzema godzinami w plecy na dzień dobry.

Tym razem zawzięci, bojowo nastawieni, ruszyliśmy tak bardzo na lekko, że po 4 wyciągach z 11 skończyła się woda. Hiszpańskie słońce z nas zakpiło i usmażyło na skwarki zanim dotarliśmy do topu. Zmęczeni i odwodnieni, nie mieliśmy już siły na kolejną wstawkę, a przy czasie jaki pozostał do końca maratonu szanse na ukończenie jakiejkolwiek innej drogi były znikome.

Po zawodach, wszyscy uczestnicy zaproszeni zostali na oficjalną kolację i rozdanie nagród. Po części oficjalnej hiszpańskie wino zalało salony, a wszyscy sportowcy zamienili się jak za dotknięciem różdżki w rasowe brukwie porozrzucane to tu, to tam po pokojach czy klatkach schodowych hotelu.

Rally 12h Escalada Terradets polecamy, wszystkim którzy chcą powspinać się w świetnym miejscu, z hiszpańskim brakiem  napinki  i  bicepsami  trochę  grubszymi  niż  nasze.  Organizatorzy  byli  niesamowici,  zatroszczyli się o nas w każdym momencie, od przylotu, aż po podrzucenie nas z powrotem do Barcelony. Przygotowali bardzo fajne zawody z wartościowymi nagrodami i dopięli wszystko na ostatni guzik.

Dumnie   ukończyliśmy   zawody na  pierwszym  miejscu  w  kategorii   Polskich zespołów i  na  którymś  tam  miejscu
w generalce, ale kto by na to patrzył. Bawiliśmy się świetnie, dostaliśmy lekcje cierpliwości i odkryliśmy zupełnie nowy rejon, do którego na pewno wrócimy (trochę bardziej przygotowani).

Relacja ze wspinania Maciejki przygotowana w klimacie  miejscówki  (przez  kanion  puszczona  jest   nitka   kolejowa
i trzeba trochę przekroczyć tory, by dostać się pod ścianę, a wracając wypada nawet przedupcyć się przez tunel, żeby nie robić kilometrów naokoło, bo strach, że jeszcze nogi urosno):

„Stoi w kruksie Flak kolumbryna

ciężki, ogromny i pot z niego spływa!

Zawzięty jurajczyk,

stoi i sapie, dyszy i dmucha,

żar z nieba na niego bucha!

buch – jak gorąco,

buch – jak kaszląco,

buch – jak wczorajszo,

buch – tak tłumacząco.

Już ledwo luj sapie, już ledwo zipie,

walczy tak na piątym metrze o życie!

Później ruszyła ta brukwa powoli,

szarpnęła za linę i ciągnie wbrew woli,

I podnosi nogi, stopień za stopniem,

i biegu nie zwalnia, brnie w te piątki ogniem,

skała czasem dudni, łomoce i stuka,

raz tylko lodówka przelatuje obok ucha.

A dokąd to ten Flaku wracając tak pędzi?

A dokąd? a dokąd? na wprost!

po torze, po torach, przez tunel, przez most.

I śpieszy się Flaku, by zdążyć na czas,

zameldować w sztabie że droga pokonała nas.”

Edycja 2020 planowana jak co roku na wrzesień, więc jeśli jeszcze nie macie planów, a sytuacja na świecie pozwoli to jedźcie pokazać, że SAKWA jednak potrafi się wspinać.

 Tekst: Maciej Bartoszek, Wojciech Flak
Zdjęcia: Maciej Bartoszek, Wojciech Flak

Videorelacja:

Link do strony imprezy:

http://www.rallyterradets.com/

 

Jakub Kokowski | 8 września 2019 Bańczyk czech frankiewicz kłoda kokowski korbiel Kupś mnich tatry

Zgrupowanie taternickie Sakwy 2019 – podsumowanie

W ostatni weekend sierpnia odbyło się coroczne taternickie zgrupowanie Klubu Wysokogórskiego Sakwa, w którym wzięło udział około 30 osób. Z racji na niepewną prognozę większość osób zdecydowała się na wspinanie na Mnichu.

Najciekawsze Mnichowe podboje:

Ida Kupś (KS Korona) i Gabriel Korbiel: Metallica IX+, American beauty VIII

Michał Czech i Paweł Bańczyk: Superata młodości IX-

Kacper Kłoda: Wariant R (hakowo, solo, oryginalnym wariantem)

Paweł Bańczyk (Kuba Ciechański SPA A0): Superata młodości IX-

Kuba Kokowski i Justyna Frankiewicz: Wachowicz VIII

Poza wspinaniem na Mnichu sakwowicze zrobili kilka ciekawych przejść taternickich takich jak: grań Żabiej Lalki z kontynuacją do Niżnych Rysów, wejście na Niżne Rysy przez Tomkowe Igły, grań od Wrót Chałbińskiego po Zadniego Mnicha, a niektórzy graniowcy doszli z Wrót Chałbińskiego aż na Liliowe. Warta odnotowania jest również ciekawa wycieczka towarzyska Granią Mięguszy, w której wzięło udział 11 osób.

Autor: Marcin Gromczakiewicz

Jakub Kokowski | 31 lipca 2019 Alps alpy Grupa Młodzieżowa pza zazula ziemski

Peuterey Integrale ’19

Relacja z przejścia drogi Peuterey Integrale zespołu Bartek Ziemski – Jonatan Johny Zazula
Autor: Jonatan Zazula

Pierwszy raz o Peuterey Integrale usłyszałem rok temu. Miała to być droga długa, poważna, miejscami krucha. Z grani Kuffnera było ją bardzo dobrze widać – wtedy jeszcze nie byłem przekonany co do tego, że jest to ciekawy czy trudny cel: ot – jak mi się wydawało – długie chodzenie po śniegu i kamieniach.

Jestem od kilku dni w Chamonix, spałem i wspinałem się przez chwilę na Valle Blanche, więc jakąś aklimatyzację mam. Przyjeżdża do mnie Bartek, u którego z aklimką jest gorzej, ale nie przejmujemy się tym zbytnio. Mimo fenomenalnych prognoz (przez tydzień ma być lampa) nie ma warunu na poważne alpejskie cele – zwyczajnie jest zbyt ciepło. Został nam czas na tylko jedną drogę i długo nie możemy się zdecydować, co zaatakujemy.

W końcu decyzja zapada, koledzy nas motywują, żeby uderzać. Pakujemy się „na ultra lekko”, praktycznie bez sprzętu biwakowego, z minimalną ilością rzeczy. Dyskutujemy nawet o tym, czy brać na grań 20g opakowania na apteczkę. Nie pakujemy śrub lodowych, bierzemy tylko jedną dziabkę, jeden lekki czekan turystyczny i jedną żyłę liny połówkowej, ale za to dużo jedzenia.

Podchodzimy do schronu Borelli, słońce grzeje niesamowicie, mijamy zespół, który się wycofał, bo podczas wspinaczki w nocy było im zbyt gorąco. Zastanawiam się, czy to, co robimy, ma jakikolwiek sens. Schron jest fantastycznie wyposażony, aż chce się w nim spędzić noc. Widok na ścianę napawa mnie optymizmem, wspinanie wygląda na relatywnie proste. W celu rozeznania podejścia Bartek zanosi szpej pod ścianę Noire’a i idziemy spać. Podchodzić zaczynamy o 2:00, noc jest wyjątkowo ciepła. Zaczynamy wspinanie związani liną 60m złożoną na pół. Bartek prowadzi praktycznie całość Noire’a. Skała jest sucha i lita, cieszę się, że jest noc, bo nie widzę ekspozycji i tego, co pode mną. Jesteśmy cały czas w kontakcie głosowym, co jakiś czas lina się gdzieś haczy, ale nie wpływa to na tempo wspinania, mam wrażenie, że minąłem z dziesięć stanowisk, a nie zrobiliśmy nawet przerwy na przekazanie sprzętu. Wspinamy się dalej, zaczyna się robić jasno. Po dwóch zmianach prowadzenia na lotnej o 7:30 jesteśmy za Punta Brendel, gdzie tracimy godzinę przez głupi zapych. Szybki telefon do kolegów i już wiemy, gdzie iść. Utrzymanie takiego tempa powoduje u mnie zadyszkę i zaczynam się martwić, co będzie dalej i czy przypadkiem brak dobrej aklimatyzacji nie rozłoży mnie na górze. Krótka przerwa na śniadanie przed szczytem, zmiana butów i o 12:00 dochodzimy do Maryjki.

Rozpoczynamy zjazdy z Aiguille Noire, szczęśliwie dla nas natrafiamy na nowo nakręcone stanowiska co 30m. Zjazdy stają się rutyną, Bartek zjeżdża pierwszy, potem ja dojeżdżam do stanowiska, wpinam się i ściągamy linę. Za każdym razem spadanie liny poprzedza moment napięcia – czy się gdzieś nie zahaczy? Ściana jest praktycznie pionowa, żaden z nas nie ma ochoty na podchodzenie po zaklinowaną linę. Szczególnie w zalodzonym diagonalnym kominie, którym biegnie jeden ze zjazdów. Lina klinuje się tylko raz, ale nie zatrzymuje nas to na długo. Ze ściany widać dobrze słynne Damy Angielskie – z góry wyglądają na lite i łatwe do przejścia. Byłem wręcz pewny, że spokojnie przed zmrokiem dojdziemy do schronu Craveri, a może nawet go miniemy. Dojeżdża do nas zespół włoskich alpinistów, którzy wystartowali o tej samej co my godzinie, ale z parkingu, jesteśmy pod wrażeniem ich tempa. Jednak oni w przeciwieństwie do nas tego samego dnia wycofują się z Dam, więc idą zupełnie na lekko. Około dwunastu zjazdów zajęło dwie godziny i było świetną okazją do zrestowania po wspinaniu.

Dopiero po zjechaniu widzimy, jak kruche są te Damy. To, o czym dotychczas zwykłem mówić “kruche ścierwo”, jest bardzo litym terenem w porównaniu do tego, co mamy przed sobą. Brakuje nam przymiotników, by opowiedzieć, jak parszywy to  parch. Wszystko się rusza, dodatkowo topniejący śnieg zalewa ten żwir, po którym się trzeba wspinać, a asekuracji nie ma jak zakładać. Idę bardzo wolno, starając się nie strącić żadnego kamienia. Intuicyjnie staram się wyszukiwać optymalną drogę, jednocześnie zastanawiając się cóż takiego wydarzyło się w moim życiu, że znalazłem się tu, gdzie jestem. Po jakiejś godzinie wychodzimy na półkę tuż pod szczytem. Jest na niej stanowisko ze starych taśm i decydujemy się zjeżdżać. Znajdujemy kolejne stanowisko, robimy kolejny zjazd i stanowiska nagle się kończą. Do zjechania mamy jeszcze ze 100m, a ciężko znaleźć miejsce do założenia czegokolwiek. W oddali po drugiej stronie żlebu pomiędzy Damami widzimy poręczówkę. Robimy jeszcze jeden zjazd, a po nim zakładamy długi na 60m zjazd korzystając z linki pomocniczej do ściągnięcia liny i przejeżdżamy przez żleb na drugą stronę. Schodzimy wzdłuż lin i rozpoczynamy dalsze wspinanie, teren jest o dziwo niebanalny i stosunkowo lity. Czas leci nieubłaganie, jesteśmy już coraz bardziej zmęczeni, a Bartek przestaje wierzyć, że dojdziemy do schronu. Robi się coraz zimniej i zaczyna wiać. Od szczytu dzieli nas jeszcze sporo metrów, a przecież powinniśmy szukać już jakiegoś obejścia i zjazdów. Wychodzę na sporą półkę, ściągam do siebie partnera i nie przestając asekurować każę mu pójść do końca i wychylić się za kant. Jesteśmy uratowani! – słyszę. Przechodzimy dookoła turni i w dole oczom naszym ukazuje się metalowa puszka – schron, w którym spędzimy noc. Przejście od podstawy Noire’a do schronu zajęło nam 7 godzin, nie mogę uwierzyć, że tak krótki odcinek tak bardzo nas spowolnił.

Schron to metalowa puszka przeznaczona dla maksymalnie 4 osób, w środku jest dość brudno i nie ma koców. Jesteśmy na tyle zmęczeni, że nie chcemy nic jeść i na siłę wciskamy w siebie po liofie. Nie chce się nam wychodzić po śnieg – mimo że leży zaraz obok. Zmęczenie robi swoje i organizm nie chce przyswajać pokarmu. Przez głowę przechodzi mi myśl, żeby zostać w schronie kolejny dzień i odpocząć. Planujemy pobudkę o trzeciej nad ranem. Ignorujemy budzik, ale około czwartej budzi nas wiatr, który totalnie zniechęca do wychylenia się na zewnątrz. W schronie znajduję zeszyt ze wpisami, na zaledwie 20 stronach są wpisy z ostatnich 20 lat. Ostatecznie o piątej ruszamy, trawersujemy około 50 metrów i rozpoczynamy wspinanie piątkowym kominem. Po przejściu komina zakładam ropemana i szukając kontynuacji drogi przypadkiem strącam liną dość spory kamień, który leci prosto na Bartka. Jestem przerażony, ale na szczęście Bartek oberwał tylko odłamkiem i może kontynuować wspinaczkę. Idę „jak puszcza”, jest krucho, ale nie tak źle jak dzień wcześniej. Obracam się i widzę w całej okazałości grań Dam. Kolejny raz nie mogę pojąć, jak mogło nam to zająć tak wiele czasu.

Teren przed nami jest skomplikowany orientacyjnie, widzimy ścianę, która na pewno nie jest łatwa, topo jest nieprecyzyjne, obchodzimy grań i próbujemy znaleźć kontynuację drogi po drugiej stronie. Bartek zapycha się, przypadkiem zrzuca na mnie kamienie, robimy zjazdy i przekraczamy mokry żleb. Idąc wciąż „jak puszcza” wychodzimy następnie na grań, gdzie leży śnieg, więc zmieniamy buty. Przechodzimy piękne grańki śnieżne i dochodzimy do zjazdów na Col de Peuterey. Znowu odpoczywamy podczas około pięciu zjazdów, które były bardzo dobrze przygotowane. Widać już stąd szczyt i jest nadzieja, że skończymy tę drogę jeszcze przed zmrokiem. Nie wyobrażamy sobie biwaku, ponieważ od samego rana potwornie wieje. Planujemy działać bez przerwy – byle tylko zejść do Vallota. Po zjazdach przechodzimy szybko lodowiec, przekraczamy szczelinę brzeżną i nad nią trawersujemy, szukając dogodnego miejsca, by wbić się w górującą nad nami ścianę. Kiedy możliwość trawersu się kończy, Bartek zakłada wiszące stanowisko i ściąga mnie do siebie. Nie wygląda to łatwo, ale że są jakieś rysy, to przynajmniej jest się z czego zaasekurować. Prowadzę wyciąg, który będzie jedynym zrobionym na sztywno na całej drodze. Było to najtrudniejsze miejsce na grani, wyciąg miał spokojnie 6a, dodatkowo był w połowie mokry i pokryty zaciekami. W końcu dochodzę do jakiejś starej taśmy, a dalej jest wprawdzie łatwiej, jednak długo zajmuje nam dojście do końca części skalnej.

Około 18:30 jesteśmy w miejscu, z którego na Mont Blanc de Courmayeur prowadzi już tylko śnieżna grań. Godzinę wcześniej widzę, jak przez śnieżny żleb, do którego dochodzi grań przetacza się wielki głaz. Nie napawa to optymizmem. Zatrzymujemy się na chwilę, szybko coś zjadamy i zaczynam prowadzić. Wieje niemiłosiernie od kilku godzin i na tym systemie grani zaczyna to być niebezpieczne. Staram się podchodzić najszybciej jak się da, jednak zmęczenie robi swoje i muszę się co jakiś czas zatrzymywać. Miejscami mamy bardzo dobry śnieg, w którym raki i czekan siadają dobrze, miejscami twardy lód, w który mam problem wbić zęby raków, a miejscami śnieżną kaszę. Nie ma się za bardzo z czego asekurować. Idę z kilkoma zwojami liny w ręku, gotów w każdej chwili skoczyć na drugą stronę grani, gdyby partner się osunął. Wyjście, mimo że z daleka wygląda na krótkie, wydaje się nie mieć końca. Po jakimś czasie jestem w stanie założyć pierwszy przelot – pętlę na kamieniu. Skupienie, stres i okropny wiatr towarzyszą przez całe to podejście. Raz w twardym lodzie poślizgnąłem się, ale kończy się tylko na strachu. W końcu zakładam stanowisko z głazu i decyduję, że będziemy szukać skalnego rozwiązania tego lodowego żlebu. Prowadzę pod szczyt i około 100m przed nim zatrzymuję się, zakładam całkowicie niepotrzebne stanowisko i kategorycznie odmawiam dalszego prowadzenia. Mój organizm zaliczył totalny zjazd energetyczny, gdy tylko doszedłem do bezpiecznego miejsca. Nawet wpięcie liny do przyrządu przysparza mi problemów.  Jestem skrajnie wycieńczony psychicznie i fizycznie, mimo prostego terenu proszę o założenie pewnego stanowiska i wyciągnięcie mnie do góry. Jest 22:00, stajemy na szczycie Mont Blanc de Courmayeur, godzinę później jesteśmy na głównym wierzchołku Blanca.

Podsumowanie

45h akcji górskiej, w tym 5h snu, około 5h straty na różnych zapychach i problemach orientacyjnych na drodze; zrobiliśmy około 25 zjazdów, zjedliśmy 5 liofów, kilogram słodyczy i 8 żeli energetycznych. Zrzuciliśmy na siebie nawzajem 4 kamienie, a setki kilogramów żwiru zsunęły nam się spod nóg. Przeszliśmy kilka śnieżnych grani, wspinaliśmy się w skale i w lodzie, przekraczaliśmy szczelinę brzeżną lodowca. Dwa wschody i zachody słońca widziane w górach. Kawał niesamowitej górskiej przygody.

Informacje praktyczne dla zespołów planujących przejście w dwa dni

Przejście dwudniowe, jak widać, jest całkowicie możliwe. Warunkiem sensowności takiego przejścia jest dojście do schronu Craveri pierwszego dnia, wtedy można porządnie odpocząć po wspinaniu i zrezygnować ze sprzętu biwakowego, biorąc tylko jeden lekki śpiwór, pod którym zespół będzie spał w schronie. W naszym odczuciu całą drogę dało się przejść mając 2 lekkie, podgięte czekany turystyczne, jednak należy pamiętać, że wszystko zależy od warunków śnieżno-lodowych na grani końcowej. Haki i młotek są niepotrzebne. Ze względu na trudności orientacyjne na drodze i możliwe zapychy polecamy wziąć około 15m repa do cięcia na ewentualne zjazdy. My zostawiliśmy około 7m, ale mieliśmy też sporo szczęścia. Teoretycznie zespół, który nie pobłądzi, nie zostawi podczas wspinaczki żadnego szpeju. Wzięliśmy jedną żyłę liny połówkowej o długości 60m (Mammut Genesis) i raczej nie polecamy brać cieńszych lin. Skała na drodze jest w wielu miejsca bardzo ostra i po dwóch dniach wspinania po linie widać, że była mocno eksploatowana. Dodatkowo mieliśmy 60m lekkiej linki pomocniczej do ściągania liny po dłuższych zjazdach. Jeden mały jetboil, jeden mały gaz, mała apteczka. Ja miałem bardzo wygodne buty wspinaczkowe (takie, których nie trzeba ściągać na stanowiskach i da się w nich chodzić przez cały dzień) i lekkie buty pod automaty. Wspinanie w prostym terenie w butach wspinaczkowych zapewniało duże bezpieczeństwo zespołu podczas chodzenia na lotnej, jednocześnie pozwalając na bardzo szybkie poruszanie się. Co do samego sprzętu, to wzięliśmy 10 ekspresów górskich, jeden ekspres dłuższy, 6 taśm 120cm – każda na osobnym karabinku, 7 małych kości, 10 friendów. Można było zrezygnować z kilku friendów i wszystkich kości na rzecz dodatkowych taśm. Najlepsza asekuracja w terenie prostym była z pętli.

Jonatan Zazula

Jakub Kokowski | 20 maja 2019 góry wspinanie

Przejścia górskie i sportowe 2018

Dwa miesiące temu miałem już napisane coś o zimie w pełni i że to najlepszy moment na publikację wykazu letniego, ale niestety klubowa strona upadła i trzeba było poczekać na nową. Ale co się odwlecze… Nie jest dla nas żadnym zaskoczeniem, że w tym roku klubowy wykaz przejść jest jeszcze lepszy niż kiedykolwiek. Do grona naszych mocnych zawodników dołączyli kolejni ambitni wspinacze – zarówno wychowani w naszym środowisku jak i nasi koledzy z innych klubów lub osoby dotychczas nigdzie niezrzeszone. Cieszy fakt, że w czasach gdy większość wybiera łatwo dostępne wspinanie skalne i panelowe u nas przejść górskich nie brakuje. Mało tego – jest ich z roku na rok coraz więcej, a ich poziom sportowy jest coraz wyższy. Nie jesteśmy pewni co jest powodem tego odchylenia od normy, ale przypuszczamy, że mogą na to wpływać coczwartkowe imprezy klubowe 😉

Przejścia zasługujące na wyróżnienie

Co ciekawe w tym roku przejść w Alpach było więcej niż w Tatrach! Na wyróżnienie zasługuje przejście przez Michała Czecha i Karolinę Ośkę drogi L’or du Temps na Kapucynie (trzecie klasyczne), drugie polskie klasyczne przejście Filara Freney na Mont Blanc przez Pawła Zielińskiego z zespołem oraz rewelacyjny alpejski sezon Bartka Ziemskiego i Johnego Zazuli (Filar Freney, Filar Gervasuttiego itd.), którzy dopiero rok wcześniej zrobili kurs wspinaczki na własnej asekuracji. Świetnym wyczynem popisał się znowu Bartek Ziemski, który zjechał z Piku Lenina (7134 m n.p.m.) na nartach oraz Michał Czech który zshockował nas swoją nietypową łańcuchówką Shocko-Moko (Shock The Monkey VI.5+/6 PP na Pochylcu, zakrzówkowe Nity VI.4 na żywca oraz Grań Morskiego Oka do Przełęczy Pod Chłopkiem w non stopie poruszając się pomiędzy nimi rowerem i na piechotę). Drugą ciekawą łańcuchówkę Michał zrealizował z Kubą Kokowskim. W 2 dni udało im się pokonać 20+1 dróg na Mnichu. Do największych tegorocznych sukcesów na pewno można również zaliczyć udany wyjazd do marokańskiej Taghii Michała Czecha i Gabriela Korbiela oraz wytyczenie nowej drogi na blisko 1000 metrowej ścianie Maja e Arapit w Albanii przez zespół z Pawłem Zielińskim i Tomkiem Olszewskim w składzie. Na Uszbie działali natomiast Wadim Jabłoński, Kuba Kokowski i Damian Bielecki, jednak wyjazd zakończył się bez sukcesu – w gęstej mgle zespół wycofał się z drogi normalnej prawdopodobnie tuż poniżej północnego wierzchołka. Posypały się także życiówki w skałach na czele z VI.7 Karoliny Ośki, VI.6+ Gabrysia Korbiela i VI.6 Jadzi Szkatuły i Kuby Kokowskiego oraz 8a+ Kariny Kosiorek. Poniżej wymieniono wybrane najlepsze przejścia górskie i skalne naszych klubowiczów. Jeżeli uważacie, że zabrakło tu jakiegoś ciekawego przejścia to piszcie koniecznie.

Przejścia w Alpach

L’or du Temps 7c+, Grand Capucin  – Karolina Ośka, Michał Czech – trzecie klasyczne przejście Bonatti-Ghigo 7a+, Grand Capucin – Gabriel Korbiel, Krzysztof Banasik (UKA) La fete des nerfs 7b, 280m, Petit Clocher du Portalet – trudności OS, góra znana – Gabriel Korbiel, Krzysztof Banasik (UKA) Etat de Chock 7a 280 m, Petit Clocher du Portalet  OS – Michał Czech, Karolina Ośka Filar Freney 7a+, 1000 m, Mont Blanc OS – Paweł Zieliński, Tomasz Olszewski, Dominik Cyran, oraz A0 w trudnościach – Jonatan Zazula, Bartek Ziemski Filar Gervasuttiego 6b+, 1000 m, Mont Blanc du Tacul, OS – Jonatan Zazula, Bartek Ziemski, Łukasz Stempek oraz Maciek Kimel, Krzysztof Jendrysik (spoza Sakwy) Filar Frendo, Aiguille du Midi, D+, IV, AI4 (60°), 1100m – Jonatan Zazula, Bartek Ziemski, ŁukaszStempek Gauloiserie + Nabot Leon 7a? 180m, OS – Michał Czech z Laurą Dymarz Grań Kuffnera D, IV, 900m, Mont Maudit – Jonatan Zazula, Bartek Ziemski Arête du Diable D+,5c, 600m, Mont Blanc du Tacul – Marcin Gromaczkiewicz, Marco Schwidergall, Tomasz Rodzynkiewicz La Contamine 6c, 200m, Aiguille du Midi, RP – Paweł Zieliński, Wojtek Mazurski (spoza Sakwy) Fidel Fiasco 6c+, Aiguille de Blaitière, 350m,OS – Paweł Zieliński, Tomasz Olszewski La soleil a rendez-vous avec la lune, 6b, Aiguille du Grepon, 850m, OS – Paweł Zieliński, Tomasz Olszewski Maillon Manquant 6b+, 400 m,  Aiguille de Peigne, OS – Adam Wojsa + 1 Le Chic, le chèque, le choc 6c, Petit Clocher du Portalet,  PP– Adam Wojsa + 1 Grevolle Directe 6b, 450m, Pointe Vouilloz / Perrons de Vallorcine, OS– Adam Wojsa + 1 Voie normale, 5c A0, Aiguille de la République, 650m – Bartosz Ziemski z Łukaszem Stempkiem oraz Wojciech Stanek z Dominikiem Cyranem Guy Anne 6a+, Pointe des Nantillons, 350m, OS – Ilona Podlecka z Laurą Dymarz, Paweł Zieliński z Tomkiem Olszewskim, RP – Wojciech Stanek z Dominikiem Cyranem Children of the Moon l’intégrale, Aiguille de Roc, 6a 550m, OS – Dominik Cyran, Wojciech Stanek Amazonia, 6a+, Pointe des Nantillons, 350m, OS – Ilona Podlecka z Laurą Dymarz Le Piege, 6b+, Tour Verte, 200m, OS – Paweł Zieliński, Tomasz Olszewski Chloe, 6b+, Tour Rouge, 310m, OS – Paweł Zieliński, Tomasz Olszewski Le pont des soupris, Tour Verte, 6b+, 250m, OS – Paweł Zieliński, Tomasz Olszewski

Przejście w Pamirze

Pik Lenina 7134 m n.p.m. na nartach wraz ze zjazdem – Bartek Ziemski

Przejścia w Taghii (Maroko)

Wszystkich przejść dokonał zespół Michał Czech – Gabriel Korbiel Les Rivieres Pourpres, Taoujad – 7b+, 550m, RP, – kluczowy wyciąg OS, RP na wyciągu 7b, 10h Tout pour le club, Oujdad – 7c, 280m, flash, 8h Zebda, Paroi des Sources, 7b+, 260m, OS – 3h 45min L’axe du mal, Tadarate – 7c+, 520m, RP – 3 wyciągi w stylu RP (7b,7c,7c+), pozostałe OS, 10h Pierwsze przejście klasyczne nowej drogi Brytyjczyków na północnej ścianie Tagoujimt – 600m, 7b? – jeden wyciąg RP, pozostałe OS, 10h Baraka, Oujdad – 7b, 700m, OS, 6h 30min

Przejście w Albanii

No capito VIII-, 940 m , Maja e Arapit RP 1xA0– nowa droga Pawła Zielińskiego i Tomka Olszewskiego oraz Łukasza Kołodzieja (KW Katowice) i Michała Makowskiego (KW Kraków).

Przejścia w Wadi Rum (Jordania)

Lionheart 6b, 350m – OS Wadim Jabłoński, Radek Stawiarski, Dominik Cyran; Kuba Ciechański, Filip Orewicz (spoza Sakwy) – bez ostatniego wyciągu Pillar of Wisdom 6b, 450m OS – Wadim Jabłoński, Dominik Cyran, Kuba Ciechański oraz Radek Stawiarski, Filip Orewicz (spoza Sakwy), Marcin Gromczakiewicz Flight of Fency 6b, 135m OS – Kuba Ciechański, Filip Orewicz (spoza Sakwy); Wadim Jabłoński, Marcin Gromczakiewicz; Radek Stawiarski, Dominik Cyran Inferno 6b, 135m OS  –Kuba Ciechański, Filip Orewicz (spoza Sakwy) ; Wadim Jabłoński, Donie O Sullivan (spoza Sakwy), Marcin Gromczakiewicz; Radek Stawiarski, Katerina Mandulova (spoza Sakwy) The Beauty 6b, 200m – OS Kuba Ciechański, Filip Orewicz (spoza Sakwy); PP Wadim Jabłoński, Radek Stawiarski, Marcin Gromczakiewicz

Przejścia w Yosemitach

Lucky Streaks, Fairview Dome 5.10c, 200m – Wojtek Anzel, Ilona Gawęda (KW Kraków)

Przejścia w Tatrach

Łańcuchówka 20 + 1 dróg na Mnichu na 21 lat Sakwy – MichałCzech i Kuba Kokowski Aleja Potępienia, Mnich IX/IX+ PP – Kuba Kokowski i Michał Czech (w ramach łańcuchówki) Amerykańskie Ryski 2+1 VIII, Mnich OS – Kuba Kokowski, Kuba Ciechański Shangri La VIII, Galeria Osterwy – Kuba Ciechański, Adam Wojsa Kant Hakowy, Mnich VII OS – Justyna Frankiewicz, Ilona Podlecka oraz Dominik Cyran, Michał Nowicki Rysa Hobrzańskiego, Mnich VII- RP – Justyna Frankiewicz Folwark Montano, Mnich VIII PP – Michał Nowicki, Tomasz Rodzynkiewicz Płyty Pochyłego VIII, Kieżmarski Szczyt OS w trudnościach, reszta znana – Kuba Kokowski, Michał Czech Pachniesz Brzoskwinią VII, Kopa Spadowa – Dominik Cyran, Michał Nowicki

Przejścia RP/PP w skałach

Nie dla psa kiełbasa VI.7, Pochylec – Karolina Ośka Ekspozytura Szatana VI.6+ , Pochylec – Gabriel Korbiel Filar Pochylca VI.6 – Jadzia Szkatuła, Karolina Ośka, Kuba Kokowski Odlot Kiełbasy VI.6, Pochylec – Karolina Ośka Czekając na Godoffa VI.6, Jaskinia Mamutowa – Mateusz Kądziołka Obraz Spoza Ramy VI.6, Wodna Skała (Dolina Brzoskwinki) – Mateusz Kądziołka Sodomia Doskonała VI.5+/6, Dupa Słonia – Mateusz Kądziołka Frankensymulator VI.5+/6, Czarny Pies – Mateusz Kądziołka Taniec Pająka VI.5+/6, Jaskinia Mamutowa  – Mateusz Kądziołka Hiperdraga VI.5+/6, Jaskinia Mamutowa  – Mateusz Kądziołka Shock The Monkey VI.5+/6, Pochylec – Jadzia Szkatuła, Kuba Kokowski Berlin Calling 10- (8a+), Frankenjura – Karina Kosiorek Strenght and honour 8a+, Vanturatoarea, Baile Herculane – Karolina Ośka Szatańskie Wersety 8A+, Kusięta – Mateusz Kądziołka

Inne życiówki warte wspomnienia

Paweł Bańczyk pokonał Chłostę VI.5 w Mamutowej, Justyna Frankiewicz oraz Tomasz Rodzynkiewicz klasyk Dupy Słonia Mędrcy Tralfamandrii  VI.4+, Jonatan Zazula Pół Grinpisa VI.4/4+ w Mamutowej, Adam Wojsa Tète en l’air 7b+ w Les Clocheton a Ilona Podlecka, Michał Tomasik i Michał Nowicki zakrzówkowe Nity za VI.4.   Kuba Kokowski
Johny | 25 września 2018

Projekt ShockoMoko

Pewnego razu, czytając archiwalny numer „Gór” (197, październik 2010), natknąłem się na interesującą informację w artykule Mariusza „Biedrunia” Biedrzyckiego:

Alain Ghersen połączył trzy dyscypliny wspinaczkowe: buldering (Cassage 7B) w Fontainebleau, wspinaczkę skałkową (Bidule 8a+) w Saussois i alpinizm (przejście Grani Peuterey solo). Doniesienie kończyło się słowami: „Razem trzy dni (49 godzin). Połączenie zapewniało Alfa Romeo 33 Turbo“. 

Od razu pomyślałem: a gdyby tak zrobić coś podobnego na swoim podwórku?  Pomysł dojrzewał już od dłuższego czasu i wrócił tej wiosny, a ja zacząłem myśleć nad formą jego realizacji. Buldering wykluczyłem na starcie – jakoś nigdy mnie to nie pociągało. Trad? Tylko jaką drogę wybrać?  Skoro ma być elementem mojej łańcuchówki, to musi być piękna, długa, wymagająca i najlepiej z bogatą historią. Nie może być kilkumetrowym i zarośniętym parchem. Niestety wszystkie potencjalne linie są już obite, a robienie ich na własnej uważam za sztukę dla sztuki.  Ostatecznie decyduję się na solówkę. Ze wszystkich form wspinania ta wydaje się być najbardziej elegancka. Tylko buty, woreczek i skałka. Absolutny minimalizm.

Sporo czasu zajęło mi dobranie konkretnych dróg do poszczególnych kategorii. Jedynie w przypadku wspinania sportowego nie miałem żadnych wątpliwości, że Shock The Monkey na Pochylcu jest wyborem idealnym. Długa, piękna i klasowa droga, jedna z najlepszych w polskich skałkach. Dodatkowo cyfra się zgadza z tą w łańcuchówce Alaina (VI.5+/6 = 8a+). Dużo większą zagwoztkę miałem w przypadku drogi na żywca, gdyż trudno było mi określić, jaką trudność jestem w stanie spokojnie i bezpiecznie przejść bez liny. Pomimo wyślizgu i drobnej kruszyzny postanowiłem, że przejdę jedną z dróg na krakowskim Freneyu – Rysę Freneya lub Nity, a na ostateczną decyzję dam sobie czas do dnia łańcuchówki. Wybór części tatrzańskiej  to była dopiero zagadka. Bo jak w naszych Tatrach znaleźć odpowiednik Grani Peuterey?  Po długich przemyśleniach stanęło na Grani Morskiego Oka, długiej wycieczce o trudnościach czwórkowych, która sprawnemu zespołowi zajmuje przeciętnie cały dzień. Aby z szalonego projektu zrobić jeszcze bardziej szalony, postanawiam pomiędzy rejonami poruszać się rowerem. Pomysł ten okazuje się – dosłownie i w przenośni – strzałem w kolano.

Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że przed łańcuchówką muszę przejść bez liny kilka dróg, bo po prostu  nigdy tego nie robiłem. Postanawiam wybrać się na Zakrzówek w pewne pogodne niedzielne popołudnie, biorąc jedynie buty i woreczek z magnezją. Na początek idę na najprostszą możliwą drogę – piekielnie wyślizganą piątkową rysę na Problemówce. Jestem nerwowy i spięty, a przejście  zajmuje mi strasznie dużo czasu. Po chwili przechodzę ją jeszcze raz, tym razem nieco pewniej, ale jest to dalekie od tego, co chciałbym uzyskać wspinając się bez liny. Następnie próbuję sąsiednią  Diretkę o wycenie VI.1+, takie trudności zazwyczaj bez kłopotu robię od strzału. Tym razem mam problemy i to całkiem spore. Kilka minut wiszę w poziomej rysie w połowie drogi i nie mam pojęcia co dalej. Wszystko wydaje się być kruche i niepewne. Pod skałką spacerują ludzie z dziećmi i psami. I co widzą? Jakiś idiota wspina się bez liny i od kilku dobrych minut tkwi w tym samym miejscu!  Za którąś próbą mobilizuję się i przechodzę drogę do końca. Spocony i ze strachem w oczach wychodzę na szczyt skałki i dopiero teraz zauważam siedzącego tam z gazetą starszego pana, który obserwował mnie odkąd przyszedłem.

– Czemu ty to robisz? Nie boisz się?

– Właściwie… to się boję… – przyznałem zgodnie z prawdą.

Pierwszy kontakt z żywcowaniem nie wypadł zbyt pomyślnie. Mimo to postanawiam dać sobie jeszcze jedną szansę. Muszę sprawdzić  jak się czuję wspinając po drodze, na której znam dosłownie każdy ruch.  Umawiam się z Wadimem na szybką nocną akcję na Freneyu z zamiarem przejścia rysy. Idę w uprzęży, a w każdej chwili mogę się uratować wiszącą obok liną. Z każdym metrem wspinam się coraz pewniej i uważniej. Udaje mi się w pełni opanować nerwy i osiągnąć bardzo pożądany stan we wspinaniu na żywca. Teraz już wiem, że mogę ze spokojem przejść bez liny dobrze zapatentowaną drogę, pozostając w pełni skoncentrowanym bez opuszczania strefy komfortu.  Co więcej, pełną koncentrację mogę osiągnąć, gdy obok nie ma nikogo, co w przypadku krakowskiego Freneya oznacza wspinanie w nocy z czołówką na głowie.

Bardzo chciałem zrealizować projekt przed letnim wyjazdem alpejskim, niestety, będąc niemalże gotowym, miałem pewien wypadek. Wywróciłem się w łazience, tłukąc najmniejszy palec u nogi, który spuchł w stopniu uniemożliwiającym założenie ciasnego buta wspinaczkowego. Na szczęście po powrocie szybko wróciłem do formy, a prognozy w Tatrach umożliwiły mi rozpoczęcie swojej łańcuchówki we wtorek 21 sierpnia, czyli w światowy dzień optymisty:)

Z domu wyruszam po południu w stronę oddalonego około 40 kilometrów Pochylca. Staram się jechać bardzo powoli, zdając sobie sprawę, że rower będzie dla mnie najtrudniejszą częścią całego projektu. Pogoda jest rewelacyjna, pierwszy chłodniejszy dzień od dłuższego czasu.  Czuję się fantastycznie.  Bez większego problemu przechodzę  Shocka, a wpinając się w karabinek do zjazdu jestem praktycznie świeży.  Półtorej godziny później spotykam się na Freneyu z Gabrysiem, który zgodził się asekurować mnie podczas rozgrzewki połączonej z czyszczeniem chwytów i przypomnieniem patentów. Zaraz po rozgrzewce podejmuję decyzję – idę na Nity. Chwila odpoczynku i jestem gotowy. Zdejmuję uprząż, dobrze dowiązuję buty i powoli zaczynam się wspinać. Zupełnie zapominam o tym, że idę bez uprzęży i liny, a ewentualne odpadnięcie może mieć fatalne skutki. Każdy kolejny ruch jest precyzyjny i bezbłędny,  czuję coś w rodzaju szczególnej kontroli nad swoim ciałem. Na szczycie gaszę czołówkę i rozglądam się dookoła. Jest piękna księżycowa noc, panuje bezwzględna cisza. Póki co wszystko idzie jak z płatka, lecz dopiero teraz przede mną najtrudniejsza część.  Gdy opowiadam znajomym  o tej łańcuchówce, solówka na Nitach robi chyba największe wrażenie. Nie uważam żeby było to coś szczególnego. Najtrudniejsze miejsce znajduje się 2 metry nad ziemią, a sama droga zalicza się raczej do tych prostszych w swoim stopniu. 180km na rowerze dla kogoś, kto jeździ tylko do sklepu po piwo – to jest dopiero coś!

2 kilometry za Zakrzówkiem dopada mnie ból kolana, które wcześniej czasami odczuwałem przy jeździe rowerem lub podczas zbiegania i schodzenia. Sytuacja robi się poważna, bo boli gdy jadę po płaskim, a przede mną jakieś 100km w poziomie i 1,5km w pionie. Dzwoni do mnie Wojtek Stanek z ofertą taxi i towarzystwa na grani. Pokusa jest silna, z przejazdem samochodem nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że cała akcja się uda. Proszę o pół godziny na decyzję, używam środków przeciwbólowych i eksperymentuję z różnymi ułożeniami siodełka i kolana. Jestem w stanie jakoś jechać. Dzwonię do Wojtka, informując go, że widzimy się o 7 rano na Palenicy Białczańskiej.

Nocna wycieczka rowerowa na Palenicę Białczańską była zdecydowanie najtrudniejszą częścią całego projektu. Nie ma co ukrywać, żaden ze mnie rowerzysta. Być może moim największym tegorocznym osiągnieciem w tej dyscyplinie jest 300zł mandatu za nocną jazdę po dwóch piwach. Nie dysponuję też żadną kolarką, używam zwykłego roweru do jazdy po mieście.  Jadę wstydliwie wolnym tempem, walcząc z coraz większym bólem kolan. Ostatni podjazd w Bukowinie Tatrzańskiej wysysa ze mnie resztki sił, a na Palenicę docieram dopiero o 7:30. Ze względu na kolano początkowo mam problem z chodzeniem, jednak po chwili marszu czuję delikatną ulgę. Dołącza do mnie Wojtek i powoli kierujemy się w stronę Owczej Przełęczy. Podchodząc do Morskiego Oka zdaję sobie sprawę, jak bardzo jestem zmęczony. Gdybym się położył zamykając na chwilę oczy, prawdopodobnie zapadłbym w głęboki sen. Postanawiam, że spróbuję iść tak długo, jak tylko pozwoli mi mój organizm i będę miał wszystko pod kontrolą. O samej wycieczce granią trudno wiele napisać. Nogi mam jak z galarety, a każde podejście ciągnie się w nieskończoność. Większość idziemy na żywca, trzymając się możliwie blisko ostrza. Tempo też mamy całkiem niezłe, po 5 godzinach i 20 minutach jesteśmy na szczycie Żabiej Turni Mięguszowieckiej.  W okolicach Wołowej Turni dopada mnie kryzys związany z lewym kolanem i brakami energetycznymi. Nie jestem w stanie całkowicie zgiąć lewej nogi, czuję, że poruszam się już niezdarnie. Mam też problem z przyswajaniem jedzenia, nie działa cukier ani nawet kofeina, powoli odcina mnie energetycznie. Postanawiam zejść z Przełęczy Pod Chłopkiem i zrezygnować z ostatniego odcinka grani. Chociaż do końca wycieczki zostały jakieś 4 godziny spaceru po grani, ja najzwyczajniej nie jestem już w stanie. Obawiam się, że idąc dalej dołożę swoją głupotą roboty ratownikom TOPRu, dlatego postanawiam zrezygnować. Zejście asfaltem do samochodu okazuje się absolutnym koszmarem i bardzo dziękuję Wojtkowi Stankowi, który kilkukrotnie powstrzymuje mnie od półgodzinnej drzemki na asfalcie. Następnie wyświadcza najlepszą w moim życiu usługę taksówkarza, odwożąc mnie razem z rowerem do domu. Nie wiem czym sobie zasłużyłem na takich kolegów:)

W zwariowanych projektach jak ten jest coś niesamowitego.  Czynią one moje wspinanie czymś jeszcze bardziej wyjątkowym, są wisienką na torcie wszystkich związanych z nim aktywności.  Z małych skałek i małych gór potrafią zrobić wielkie ściany. Potrafią też sprawić, że na najbardziej sportowej skałce jaką znam, poczuję się jak w górach. Trudno znaleźć w nich jakikolwiek sens i nie ma za nie punktów w żadnym rankingu. Czy to jest normalne? Niekoniecznie. Czytając „Zapisanego w kręgach” bardzo spodobał mi się pewien cytat:

„Normalność jest jak utwardzona droga, wygodnie się nią idzie, ale kwiaty na niej nie rosną.” – Vincent van Gogh

 

Johny | 6 maja 2018

Grossglockner 2017

Grossglockner – najwyższy szczyt Austrii, został pierwszy raz zdobyty w 1800 roku. Polską historię wspinaczek na Wielkiego Dzwonnika, bo tak należałoby tłumaczyć jego nazwę, otwiera w 1884 Ludwik Chałubiński – syn słynnego lekarza i popularyzatora Zakopanego. Obecnie Dzwonnik jest jednym z popularniejszych szczytów alpejskich. Continue reading „Grossglockner 2017”

Johny | 24 kwietnia 2018 sakwa tatry wspinanie zima

Sezon zimowy 2017/18 w Tatrach

               

                Wiosna zawitała na dobre. Tabuny turystów zalewają już Tatry w poszukiwaniu krokusów, a dziabki i raki odchodzą w kąt na rzecz woreczka z magnezją i baletek. Jest to dobry moment, aby podsumować nasz sezon zimowy w Tatrach. Continue reading „Sezon zimowy 2017/18 w Tatrach”